Silesia Race - zima 2026 (Knurów)

47 km z buta, tak z buta, dobrze czytacie, ja nie my. Zapraszam zatem na relację z naszych pierwszych zawodów z mapą w 2026 roku i to w konfiguracji, która na wielu twarzach wywołała niemałą konsternację. Szermierze na rowerze, tym razem bez roweru i na trasie pieszej 50 km. Silesia Race - zima 2026, Knurów czyli w nieprzebytych lasach, gdzieś na południe od węzła autostrad A4 - A1.  

"Gdy trzaśnie bariera na moście i runę w spienione fale rzeki, rzucą się lekarze na oślep, dusząc mnie w szponach swojej opieki..."

"Biało miało być, śnieżek padać miał, ale co tu kryć, chyba dupy dał... Gdzie ten śnieg, gdzie ten śnieg? Dokąd śnieguś zbiegł? No i co to jest za zima, kiedy śniegu nie ma? (całość TUTAJ

No właśnie miał przyjść i to niestety w postaci gołoledzi, a po ostatnich akcjach z lodem w Krakowie, wolelibyśmy aby nas to nie dorwało na rowerze. Prognozy przez naprawdę długi czas nie mogły się zdecydować czy będzie deszcz i powyżej zera czy też będzie deszcz i (potem) poniżej zera. Grrrrr, rok temu, mimo że nie było najcieplej, to pogoda była żyleta (relacja z tego rajdu, niestety niedokończona TUTAJ) i jeździło się super... no dobra, super jak na luty. Nie oczekujmy cudów, miejscami było błotniście, to jednak zima, ale ogólnie warun był zacny. W tym roku będzie bardziej deszczowo i choć nie jesteśmy z cukru i czasem zdarza nam się jeździć w warunkach dla koneserów to jednak lodu nie lubimy. Co więcej, w środę przed rajdem odebraliśmy rowery po mega przeglądzie, takim z rozłożeniem obu amortyzatorów i... ogólnie igła, żyleta, a tu Marcin pisze że na rajdzie będą tereny górnicze! Krajobrazowo, turystycznie SUPER - uwielbiamy także klimat industrial, ale sprzęt... sprzęt po prostu umiera w niektórych lokacjach. Mogą Wam to potwierdzić "chłopaki" z frontu wschodniego  tzn mogli by gdyby żyli. No, ale wracając... pamiętacie rok 2020? Tak, ten pandemiczny, jedna z ostatnich imprez przez lock-down'em: Silesia Race - zima 2020... nasza węglowa RASPUTICA   

To nie jest błoto...

Druga obręcz się zrobiła... to zaschło i stwardniało. Po ciśnieniem na myjni nie chciało to odpaść! 

Mówimy zatem, dobra - idźmy na pieszą. A czemu 50-tkę? Nie dlatego że nagle postanowiliśmy biegać jak zwierzęta, ale po to aby mieć największy limit czasu: 7:30 - 21:00. Zacnie. Będzie można się zatem trochę poszlajać po lesie. Pojedziemy poszukać lampionów - dawno tego nie było! Jak będzie rasputica to nie zabijemy nowo-zrobionych maszyn. Jak będzie lód, to na nogach będzie jednak bezpieczniej... i tak, naprawdę mieliśmy RACZKI w tych naszych plecakach. Finalnie prognozy to się nawet mocno poprawiły i nie padało (coś tam niby pokapało po zmroku, ale bez szału... niebios) i było na plusie. My jednak nie negocjujemy z terrorystami - byliśmy gotowi zakładać poręczówki gdyby było trzeba. Jedziemy na pieszą 50-tkę, a na rowery w tym roku jeszcze przyjdzie czas. No ale skoro mamy taką, a nie inną zimę to śpiewajmy dalej tytułową piosenkę:  

"Taka zima to, ch*j i szare zło, stopni 5 lub 6, jak to k***a znieść? Gdzieś jest mrozie, gdzie? Przyjdź ochłodzić mnie, przynieś szron i szadź, k***a, twoja mać" :D :D :D


Odwiedziwszy miasto Knurów :)

Docieramy minimalnie spóźnieni na odprawę więc ekspresem się rejestrujemy i biegniemy posłuchać "co w trasie piszczy" (skomle i skowycze... ). Jako, że my najczęściej na rowerach, to uznajemy tą edycję za dobrą okazję aby "lecieć" sporo na azymut - bez dróg, bez ścieżek... tylko na akweny wodne trzeba będzie brać poprawki. Założeniem jest wykorzystanie całego dostępnego czasu i jak najlepszy wynik kilometrowy (niekoniecznie punktowy, bo to zależy od tego jak nawigacja będzie szła :P), ale nie nastawiamy że zrobimy całość. To jednak 50 km z buta, a to dla nas spore wyzwanie. Zwłaszcza, że Marcin na odprawie mówi, że trasa będzie trochę dłuższa niż 50 km. Ciekawe ile to jest trochę :)

Niewiele razy przekroczyliśmy 50 na butach.... 40, 42 to wchodzi nam ostatnio dość często nawet, zwłaszcza w górach, ale złamanie granicy 50-tki udaje się rzadko. Na pewno udało się na PRZEPRAWIE (czy ktoś pamięta jeszcze ten rajd... prehistoria) oraz na jednej Kaczawskiej Wyrypie, gdzie - paradoksalnie - po jednej (z wielu) akcji z kolanem, mogłem bardziej chodzić niż jeździć (kwestia kąta zgięcia), więc walnęliśmy taki dystans z buta.

Dostajemy dwie mapy i planujemy nasz wariant. Marcin załatwił w ramach rajdu "wejście" na tereny hałdy Knurów, więc taki obiekt to chcemy zaliczyć za dnia. Kolejna hałda wpadnie do naszej kolekcji - a Wy? Ile hałd w naszym kraju już odwiedziliście? :P 

Etap BNO na drugiej mapie zostawiamy na koniec, na zasadzie jak się uda to super, a jak nie to trudno. Punkt żywieniowy jest na końcu mapy numer dwa czyli naprawdę daleko, dlatego zakładamy że nie uda nam się go odwiedzić. Szkoda by było, no ale wyposażeni jesteśmy w prowiant na jakieś 3 dni, więc damy radę "bez". Jeszcze kilka słów z innymi zawodnikami, zaproszenie ich na nasz rajd w kwietniu (CZARNA OWCA ORIENTEERINGU) i ruszamy w trasę.   

"Całujcie, baby, szyny, do domu jadę..." (całość TUTAJ)
 
Taa... przyznacie chyba, że lepkość to aż czuć. 

 
Deep into the woods :)

Ruszamy z bazy w kierunku lasów. Skoro mamy dzisiaj chodzić, a nie jeździć to mocno nastawiamy się na chodzenie "na azymut"... albo na rympał jak dowali gdzieś wiatrołomami i chaszczem. Las pokaże, las zweryfikuje, las nauczy pokory. Na razie jes spoko - złapaliśmy "na wyjściu" z miasta jakieś miejskie punkty kontrolne i kierujemy się pozostałościami dawnej linii kolejowej na zachód. To Silesia Race więc nie może zabraknąć pociągów. Marcin przecież kocha rozstawiać punkty kontrolne po kolei. Torowisko dawnej kolejki wyprowadza nas w tereny zielony i chwilę później znikamy gdzieś między drzewami. Zgodnie z planem punkty kontrolne bardzo mocno atakujemy azymutem, natomiast ścieżki czy drogi traktujemy jako pomocnicze, czyli korzystamy z nich tylko wtedy kiedy ich kierunek mocno zgadza się ze wskazaniem kompasu. Las jest trochę zryty (wprawdzie nie aż tak jak nasze łby, ale jednak trochę jest), więc nie zawsze chodzi się tutaj dobrze na przełaj. Na tym etapie nie obrodziło jednak chaszczem, to nie jest także jeszcze pora roku kiedy rozwija się roślinność plugawa, więc nie ma dramatu z przedarciem się. Strumienie także dobrze zamarznięte w większości, więc nie trzeba się przeprawiać i nawet te większe nie stanowią problemu - chyba że te bardziej wartkie, to wtedy trzeba poszukać miejsca, w których można je sforsować.  
Na pierwszych leśnych punktach ciągle spotykać będziemy Martę, Sergiusza i Ryśka. Będziemy się z nimi często mijać przy kolejnych lampionach, a w niektórych momentach nawet będziemy "podróżować" razem.  Ogólnie będziemy schodzić się i rozchodzić bo czasami nasze warianty między kolejnymi punktami kontrolnymi będą znaczenie się różnić. Niezmiennie kierujemy się jednak wszyscy w kierunku największej atrakcji tegorocznej edycji - HAŁDY KNURÓW 

Leśna poezja
"...a z mojego drewnianego gardła dobywa się jedynie szum liści" (Pan Lodowego Ogrodu)
Kropki :)
Forsując rzeki :)
Watch your steps... rowerem byłoby ciekawie :)
Basia zajęła drogę :)

Ambonowaty :)

Lód podwodny :)

PRZEZ CZARNE GÓRY :)

Docieramy do hałdy czyli przed nami czarne góry. Góry oczywiście w miniaturze. Mamy tu jednak wszystko co takie góry charakteryzuje: przełęcze, szczyty, przedwierzchołki, plateau i inne takie atrakcje. Jak nigdy nie chodziliście po hałdach to nie zrozumiecie o czym mówię :) Jesteśmy bez rowerów, więc nie mamy ograniczeń sprzętu który zapłakał by przy węglowym miale - możemy bezkarnie atakować strome ściany. Hałda jest ogromna i naprawdę robi wrażenie. Niesamowite, że kopalnia zgodziła się na ustawienie tutaj punktów kontrolnych... zgodziła się, prawda Marcin? O tyle, że nasze wytyczne z odprawy mówiły, aby nie zbliżać się do żółtych ciężarówek. Marcin nie powiedział wprawdzie czemu, ale zakładam że gryzą :)  

Z hałdy mamy kapitalny widok, zwłaszcza na zamarznięte jezioro z groblą pośrodku. Tutaj zrobimy sobie większy popas. Jeśli nie jedliście bułki z kotletem na hałdzie to nie znacie życia :P 

Hałdy zawsze na propsie :)

Jeziora w hałdowych dolinach :)

Atak na przełęcz :)

Granią :)

Widoczki z hałdy

Rower na drzewie :)
Atak szczytowy

I znowy po grani :)

Całe pasmo nasze :)

Zamarznięta grobla

Zoom :)

Złapany!

Wciąż dalej i dalej
Nadal oddalamy się od bazy. Mamy już ponad 25 km z buta, a nadal oddalamy się od bazy. Owszem robimy to pewnym zygzakiem i droga powrotna będzie trochę krótsza, to jednak nie zmienia to sytuacji, że wciąż i wciąż odległość od bazy rośnie. Mamy jednak trochę lepszy czas niż zakładaliśmy i realne wydaje się wyjście na etap BNO. Wstępnie zakładaliśmy że nie dotrzemy do punktu żywieniowego, który jest najdalej wysuniętym na wschód punktem kontrolnym (na naszej mapie), a wygląda na to, że może się udać. Punkt jest czynny do 18:00, a my około 17:00 powinniśmy tam być. Limit czasu jest do 21:00 więc także powinno się udać wrócić "w czasie". Tymczasem zbieramy wszystko co po drodze, a nawigacyjnie nie robimy nawet jakieś  większych błędów - tzn. robimy błędy, ale nie takie jak wyjście za mapę czy 5 km marszu w złą stronę. Nic, czego nie dałoby się skorygować w kilka minut. Nie jest źle. Nadal trzymamy się modelu "na azymut", choć czasem trzeba się odmierzyć dwa lub trzy razy (z różnych miejsc), bo teren nie współpracuje i gęsty las uniemożliwia przejście.   

Bulgotek, Mofet to ty?

Nasza droga... ach to trzciny, one też są w wodzie, to nie tak że da się bokiem :P

W końcu oddało się odnaleźć jakąś niezalaną drogę
CZARNA DROGA !!!

"Na skraju trzęsawiska gdzie torf oddycha mrokiem, stanąłem chcąc zawrócić upartym ludzkim krokiem, lecz nogi same rwały..."  - folk metal, mam ostatnią zajawkę TUTAJ :D

"...więc tańczę już z ochotą, niech niesie mnie ten wir, niech ciało moje wchłonie to bagno, po sam kir"

"...because I'm happy" :D 

Gdzieś na etapie BNO

Znowu w lesie po nocy... i kryzys drogowy na koniec.

No i udaje się zaliczyć punkt żywieniowy i to jeszcze przed zmrokiem. Super. Plan większy niż maksimum, ale nie ma co otwierać szampana... trzeba jeszcze wrócić do bazy. I trzeba wrócić w limicie czasu. To będzie jakieś 20 km, więc będzie jeszcze trochę walki. Posiedzimy chwilę z gospodarzem "żywieniówki" (Wojtkiem) i ruszymy dalej w drogę. Tym razem już z czołówkami bo zapada zmrok. Jak tam, Szkodnik? Znowu nocą sami po lesie...? Jak co tydzień niemal. Nic nowego. Tak do tego przywykliśmy, że w naszym umyśle to już jakaś chora norma. 

20 km to będzie naprawdę długi spacer - zwłaszcza że nadal sporo idziemy na azymut w poszukiwaniu kolejnych lampionów. Trzeba także uważać, bo niektóre drogi są zalodzone a w świetle czołówki nie widać tego już tak dobrze jak za dnia. Konsekwentnie kierujemy się na północny zachód, wychodząc z etapu BNO, mijając (do drugiej stronie tym razem) hałdę, zmierzamy do bazy... i tu czeka nas niefajna niespodzianka.  
Zbliżając się do Knurowa od wschodu będziemy musieli przeprawić się przez spore j wielkości tereny industrialne. Na mapie widzimy zagęszczenie torów, ale jest także widoczny dworzec kolejowy. Przy nim na "szarych" obiektach jest zaznaczone coś na kształt... no właśnie, czego? Kładki dla pieszych? Tak zakładamy... zakładamy, że będzie to przejście dla pieszych na dworzec - od strony ulicy Przemysłowej. Znamy jej nazwę bo ostatni punkt kontrolny przed miastem wyrzucił nas z lasu na nią. 

Im bardziej zbliżamy się (idąc ulicą Przemysłową) do terenów przemysłowych, tym coraz mniej jesteśmy przekonani, że będziemy między nimi przejście na dworzec. Coś co miało być kładką dla pieszych jest jakaś suwnicą... a płoty, bramy i kolejne ciągi torów sugerują, że nie będzie możliwości przeprawienie się tędy do miasta. Byłoby fatalnie, bo obejście tego terenu to jest dołożenie z 3 km z buta! Masakra. Próbujemy zatem trochę na dziko, między budynkami.... jednocześnie tak aby nie wdepnąć w jakiś obszar chroniony. Udaje nam się przedrzeć do torów... dużej ilości linii kolejowych. Stoją tutaj pociągi, więc to też nie jest po prostu przekroczenie kolejnych trakcji, ale albo ominięcie całych składów albo przedzieranie się między ich wagonami. Trochę nas to niepokoi... aby się zaraz ktoś nie przyczepił co my tu robimy. Jesteśmy jednak w trudnej sytuacji międzynarodowej, a ostatnio były niebezpieczne akcje na kolei. Próbujemy jakoś znaleźć przejście, ale po wyminięciu dwóch składów stajemy przed wyborem - totalnie na dziko, przez kilka trakcji, w pełnym świetle latarni, przed kilkoma kolejnymi pociągami i to na oczach szwendających się tutaj pracowników kolei (jak będzie to SOP to dostaniemy srogi mandat...) czy też wycof i zrobienia dodatkowych 3 km z buta. Ech, chyba nie ma wyboru. Rozumiemy, że rajd to rajd... ale jednak ryzykowanie i to wielu kwestii (od zdrowia i życia, jak coś nam nagle pojedzie po torze, którym będziemy szli po nieprzyjemności jak zacznie się gonienie z SOP'em...)... to byłoby przegięcie pały. Klnąc na czym świat stoi, że nie ma tu przejścia na dworzec ruszamy drogą na około... to jest masakra. Mamy ponad 40 km w nogach, a musimy dołożyć sobie dodatkowe 3 km "obejścia" i potem jeszcze przez całe miasto dymać do bazy. To będzie koszmarny kawałek... ech, a gdyby tak złapać któryś z pociągów i podjechać na wagonie z węglem! Nie? No to może tramwaj... nie mają tutaj? Co za pech... Autobus? Też nie wolno? A chociaż taxi... też nie? Ech... no nic, pozostało iść z buta :( 

I to będzie mega już ciężki kawałek. Obejście terenów przemysłowych i spacer przez całe miasto z buta. Na dobitkę. Zwłaszcza, że przez to "dodanie" obejścia musimy ostro przyspieszyć kroku... po zrobieniu 40 km... to boli. Naprawdę boli. Musimy jednak narzucić pewne tempo aby zmieścić się w limicie czasu. Do bazy dotrzemy z - w miarę bezpiecznym - zapasem około 15 min. 

Pierwszy rajd w 2026 za nami. Tym razem pieszo i uznajemy to za dobrą decyzję. Miejscami było ślisko i "lodowato", może i najgorsze prognozy się nie sprawdziły, ale przynajmniej nie katowaliśmy maszyn na hałdzie. Mimo że z buta to i tak było fajnie, chociaż przyznamy szczerze jakiegoś rajdu rowerowego - normalnych warunkach - to się już nie możemy doczekać!   

Znowu noc w lesie - na dziko, to nie jest ścieżka

Przez mroczny las :)

 

Komentarze

Popularne posty