CHCIWOŚĆ czyli wieżobranie (6 szt)

Dwa tygodnie po naszym niepoważanym pomyśle w Jasiennikach i tydzień po CZARNEJ OWCY ORIENTEERINGU w Beskidzie Niskim, rzucamy się do realizacji kolejnego niezbyt mądrego przedsięwzięcia. Sami chyba wiecie jak bardzo kochamy wieże widokowe, a także że wierzymy w niepisaną zasadę, że jak ktoś gdzieś zbuduje nową wieżę, to nam restartuje miejscówkę. Trzeba ją "zaliczyć" wtedy na nowo. Zasada to obowiązuje wszystko co wyjedzie z ziemi na kilka metrów i zaczyna pełnić rolę wieży czy platformy widokowej. Owszem tym razem nie nie mamy może i nowych konstrukcji, bo wszystkie są nam dobrze znane i to od lat, ale jakoś tak ciągnęło nas aby sprawdzić ile wież uda się zrobić "na raz". Przez "raz" definiuję liczbę wypraw, a nie dni. To dla nas oczywiste, że taka wyprawa musi zahaczyć o noc. Bierze nas zatem ochota na wieżobranie, a chciwość wchodzi nam jak w tym kawale:

Przychodzi gość do apteki i mówi: poproszę lekarstwo na chciwość, ale dużo, Dużo, DUŻO.... :D 

Średnia powala :D - srogie pchanie było
  

Funkcja maksymalizacji ilości wież w czasie (jednego weekendu) czyli szukamy ekstremum tejże funkcji :D :D 

Bazą naszej wyprawy (czyli miejsce zaparkowania auta) zostaje Szczawa. Dlaczego akurat decydujemy się na taki wybór odkryją Wam kolejne akapity, acz nie bez znaczenia ma także kwestia czasu dojazdu. To jedna z najbliżej położonych miejscowości, z której w zasięgu będzie spora liczba wież widokowych... umownie oczywiście. Bardzo umownie.

Plan zakłada zdobycie 8 wież widokowych w czasie od soboty nad-ranem do niedzieli w nocy. Dla tych co nie ogarniają za bardzo mapy, teraz będzie ta nudna część dotycząca naszej marszruty. Pytacie mnie często w realu o wybór wariantów naszych przejazdów ( i przepychu :D), więc łapcie opis poniżej:

Szczawa - czarnym szlakiem przez Łuszczki na Nową Polaną i dalej niebieskim na GORC (1226m - pierwsza wieża). Następnie wariantem kombinowanym bo nie ma stąd bezpośredniego szlaku na MAGURKI (1108m - druga wieża). Wariantem kombinowanym czyli z wykorzystaniem ścieżek "wołowskich". Niestety wiąże się to z dość dużą utratą wysokości bo wieża jest na innym paśmie. Z Magurek dzida w dół do Ochotnicy i podjazd w kierunku Przełęczy Knurowskiej, a dalej do zrobienia będzie całe pasmo LUBANIA z trzecią wieżą na końcu (1211m - trzecia wieża). Następnie zjazd do Krościenka i przejazd do Szczawnicy. Tam przekraczamy granicę i robimy srogi podjazd pod Leśnicę, wkraczając tym samym w Pieniny. Kolejne na liście to graniczne szczyty: Ostry Wierch, Durbaszka, Wysoka, aż do Przełęczy Rozdziela... która rozdziela Pieniny od Beskidu Sądeckiego. Dalej szlakiem granicznym aż na ELIASZÓWKĘ (1024m - czwarta wieża). Nagły zwrot, bo trzeba kawałek wrócić i atak najpierw na Wielki Rogacz a potem na RADZIEJOWĄ (1226m - piąta wieża). Teraz polecimy Głównym Beskidzkim (czerwonym) aż na Dzwonkówkę i tam skręcimy na Koziarza (942m - szósta wieża). Z Koziarza zjedziemy przez Okrąglicę do Łącka a stamtąd... najgłupsza część planu... kompletnie nierowerowa góra - MODYŃ (1029 m - siódma wieża). Jeszcze "wyjście" na nią wpisuje się jakoś tam mniej lub bardziej racjonalnie w nasz plan, ale zejście czarnym szlakiem... dokładnie tak, zejście. Tam jest pionowo i mega kamieniście. Dla nas totalnie nie do zjazdu, ale to jedyny sensowny kierunek... ustawiający nas w kierunku na zielony na Mogielnicę (1170m - ośma wieża). Zjazd niebieskim z powrotem do Szczawy... ot taka wycieczka. Jakieś 6000m podejścia i około 160 km. Plan zakłada, że zamkniemy to w weekend tzn. od soboty nad-ranem do niedzieli wieczór.

Ten plan nie miał wad, prawda?  To nie mogło się nie udać, prawda? Spoiler alert: zrobimy 6 wież z ośmiu czyli z wyrypy gorczańsko-pienińsko-sądecko-wyspowej, zrobi się "tylko" gorczańsko-pienińsko-sądecka. Bez wyspowej... ostatnio śmiała się z nas Ziemia Nyska w plecaku, tak tym razem śmiać będzie się z nas "Beskid Wyspowy". Zapraszam zatem na opowieść o naszej kolejnej poniewierce, a będzie w niej wszystko  (ostrzegam jak zawsze, nie klikajcie w ten link, tego się nie da od-słyszeć), wpakujemy się bowiem w akcję ratunkową w Gorcach, w tych samych Gorcach w których znamy każdą ścieżkę - dość niespodziewanie - totalnie się zgubimy, spotkamy pewnego Ducha Gór... oraz wiele innych zdarzeń. To co, zaczynamy?    

W kalendarzu 1 sierpnia, połowa wakacji (mimo że urlop to mieliśmy w czerwcu), no więc wejdźmy w ten wakacyjny vibe i jedziemy z relacją:

"Zimna cola w gorący dzień, twe okulary łapią cień, 

Kalendarz mówi: SIERPIEŃ JUŻ, a my dopiero czujemy luz

Chociaż połowa lata za nami, nadal ogień płonie w nas

nie odliczaj dni na palcach, przed nami jeszcze piękny czas 

połowa wakacji, nie zwalniaj dziś, przed nami tyle nocy i dni" :D  

Szczawskie bestie :)

Przed pijalnią wód - gdzie by kiedyś takie rzeczy, ale woda DZIEDZILLA nadal poniewiera :D 

 

Wieża nr 1 - GORC 

Na miejsce startu wybieramy Szczawę. Jednym z powodów, jak wspomniałem we wstępie jest jej umiejscowienie (względem planowanej pętli). a jednocześnie krótki czas dojazdu. Po KORONIE JESENNIKÓW mamy lekką traumę z długim powrotem (od razu do pracy). To był trochę za duży hardcore... i nie, nie było to planowane. Tak po prostu wyszło. Szczawa to dla mnie szczególne miejsce, bo bardzo wiążę się z czasami mojej młodości. Najwięcej będzie o tym w ostatnich akapitach, ale wiedzcie że wyjazd stąd to jest nostalgia trip. Ruszamy przez tzw. Łuszczki z których skręcało się na Polanki na grzyby! Do dziś pamiętam: miejsca kozakowe, miejsca kurkowe!. Kiedyś asfalt kończył się dość szybko, a potem była tu kamienista droga... a dziś? Asfalt pociągnięty bardzo wysoko, schodzące tu - nieistniejące niegdyś - ścieżki spacerowe, a gdy już droga wejdzie w las, to wita nas utwardzona, dobra nawierzchnia, żadnych kamerdolców. To już nie jest dzika droga na Gorc. To czarny szlak, który zaprowadzi nas do szlaku niebieskiego, a stamtąd to już klasycznie przez tzw. Nową Polanę robimy podejście na "tytułowy" szczyt Gorców. Pierwsze z wielu srogich podejść dzisiaj. Mam niesamowity sentyment do tej góry. Piękny start.  

"Bo tu w górach jest mój dom, śpią marzenia, gwiazdy lśnią,

tu przestrzenią karmię serce, żyć co krok pragnę więcej..." (całość TUTAJ

Czarny szlak z szczawskich Łuszczek

Zaczyna się wypych :P

Kask na kierownicy czyli długi, srogi wypych :)
Dawaj pod górę
:) :) :)

I tak spędzamy sobie sobotni poranek :)

Gor(e)c !!!
Wieża pod kołami :)
No i jesteśmy!
Numer 1 :)
Ile to już razy tu byliśmy :)

 

Wieża nr 2 - MAGURKI

Z Gorca zjeżdżamy do stokówek, którymi biegną tzw. "szlaki wołoskie". Z Magurkami jest ten problem, że nie ma tam normalnego szlaku prowadzącego do wieży. Trzeba kombinować właśnie z tymi różnymi ścieżkami dydaktycznymi. Jest oczywiście główny trakt prowadząca przez niesamowity pomnik samolotu Liberator (California Rocket), no ale ta droga biegnie przez Gorczański Park Narodowy i nie jest dopuszczoną drogą rowerową. Inna sprawa, że jest ona także,  w pewnej swojej części, ziemnymi schodami, więc i tak nie byłaby bardzo przejezdna. Niemniej nie chcemy jechać parkiem narodowym na przypale, więc wybieramy inny wariant, tak aby było legitnie. Nim jednak zjedziemy z Gorca... tak, zjedziemy, bo nie ma innej opcji... Magurki to inny pagór, trzeba stracić niemal całą uzyskaną wysokość i potem wspinać się na ponad 1000 m na nowo... no więc, nim zjedziemy to wpadniemy odwiedzić pewną bazę

Dzida w dół po korzonkach

W poszukiwaniu bazy :)
Widoczki
Daleko do tej bazy?

A w lesie jak to w lesie, raz się jedzie, raz się niesie :)
 

"ALL YOUR BASES ARE BELONG TO US"  (klasyka dawnych gier - TUTAJ

Mowa oczywiście o bazie pod Gorcem, która działa w okresie wakacyjnym. Szkodnik zrobił kiedyś Kurs Przewodników Beskidzkich, więc zna z połowę ekipy, która do tej bazy przybywa. Nie inaczej jest tym razem, wpadam tam na chwilę, na herbatkę a skończy się na dłuższych pogaduchach i wspomnieniach dawnych czasów. Tak, kiedyś to były czas, dziś czasów już nie ma, no więc jest o czym gadać. Posiedzimy chwilę w bazie, ale trzeba ruszać dalej bo naprawdę daleka droga przed nami. Odpalamy protokół: utrata wysokości i ruszamy w dół. Zjeżdżamy szalonym zjazdem do Ochotnicy, a po drodze spotykamy "Mroczne Widmo" ":D 

Mijamy się bowiem z biegaczami biegnącymi Gorce Ultra Trail (GUT). Na tym etapie nie wiemy jeszcze że za jakieś 2 godziny nasze ścieżki z tymi ludźmi, skrzyżują się jeszcze bardziej i nie mówię o tym, że w kogoś wjechałem :D

Tracimy wysokość
Zostawiamy Gorc za plecami

I w dół, w dół, w dół...

Atak na Magurki od Ochotnicy nie pójdzie jednak po naszej myśli tak jak planujemy... z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu gubimy ścieżkę dydaktyczną. To znaczy wiecie, niewytłumaczalnego, zrobiłem ANALIZĘ 5WHY i już wiem co się stało: 

- zeszliśmy ze szlaku dydaktycznego

- dlaczego zeszliśmy? Bo pomyliliśmy zakręty, odbiliśmy w lewo zbyt wcześniej.

- dlaczego pomyliśmy zakręty? Bo nie patrzyliśmy na znaki, a że nie odmierzyliśmy się także na mapie (bo po co jak idziesz po znakach... na które nie patrzysz...). 

- dlaczego nie wychwyciła tego kontrola mapy? Bo na mapie był ostry zakręt w lewo i w terenie był także ostry zakręt w lewo. Wyglądało legitnie, choć to było zakręt za wcześniej.

- dlaczego nie zorientowaliśmy się wcześniej? Bo ten zakręt uśpił naszą czujność. Wyglądał legitnie, więc kolejna kontrola mapy pojawiła się dopiero, kiedy na drodze pojawił się obiekt, który nie powinien się tam znajdować. Tzn. droga skończyła się w jakimś domu, a nie powinno tu być żadnego domu.   

Ogólnie wylądowaliśmy zatem w jakieś czarnej dupie. Tzn. zielonej, bardzo zielonej, bo na wielkiej łące, ale kompletnie nie na tym pagórze, na którym chcieliśmy. Po prostu jeden pagór za wcześniej, ot tak aby dobić sobie jeszcze więcej przewyższeń. WSTYD. Gorce znam jak swoją kieszeń, mogę się tutaj poruszać bez mapy, znam prawie każdą ścieżkę i co... i tak się zgubiliśmy. Musiał zadziałać protokół: BRUTE FORCE. Aby nie tracić całej wysokości zaczęliśmy się przedzierać przez polany (ufff... 35 stopni w słońcu na polanie... zło, istne zło), wąwozy i strumienie... wyschnięte strumienie:

"...a nad nią błękitne po chmurach wspomnienie, rozedrgana spiekota, ulewne płomienie, po tej zardzewiałej ziemi, ludzie pokrzywdzeni, zabłąkani w koleinach wyschniętych strumieni... 

wściekła kłótnia wstrząsa niebiosa hałasem, czy Bóg czy rozsądek ma być ich kompasem...

z tą prawdą tak niemiłą i świętym i łotrom, Bóg sprawił że wciąż idą, rozsądek że dotrą...".

Podpychamy pod zły pagór...

Ładnie tutaj, ale jesteśmy bardzo źle :)

Korekta S1E1 (pilot)

Korekta S1E2

Korekta S1E3 - pandemonium :D

Korekta S1E4

Korekta SEASON FINALE...

No dotrą, dotrą, ale będzie mega ciężko... ludzie pokrzywdzeni bo trzeba przedzierać się na rympał przez jakieś wąwozy i te zarośnięte polany w piekielnym upale (ulewne płomienie). Wściekła kłótnia czyja to wina :D Korekta z cyklu: masakra... ale doszliśmy. Kosztowało nas to ze 3 lata życia mniej, ale doszliśmy do właściwej ścieżki... ta zaś wyprowadzi nas już pod wieżę. Druga wieża dzisiaj zaliczona.  

Jest i Magurek !!!

Widoki znowu zacne

Chyba najbardziej klasyczny kadr z Magurek

Wież widokowy numer 2

Be active :)

"-What's his status? -C-2, this is McKnight. We have a KIA (killed in action)... Roger that" (klasyka klasyki )

Zjeżdżamy z Magurek i ciągle mijamy jakiegoś zawodnika GUT akurat wbiegającego na górę. Kilku z nich wspomina nam, że zjeżdżając niżej znajdziemy zawodnika, który leży i potrzebuje pomocy... sugerują, że może nam uda się Mu pomóc. Trochę dziwne te rozmowy, bo zawodnicy i zawodniczki napierają pod górę i mówią, że poniżej znajdziemy jakieś ciało. Trochę daje mi to do myślenia, czemu zatem Oni biegną dalej. Czy zostawili go tak po prostu...wiecie jak jest "who stays behind is left behind". No ale to fajnie brzmi, niekoniecznie trzeba to od razu uskuteczniać. No chyba, że ktoś się Nim już zajął... albo nie ma już "co zbierać" i zwierzaki będą miały ucztowanie dziś w nocy. Muszę wyłączyć jednak over-thinking bo zjazd tędy z Magurek to jest pionowa ściana. Żleb i kamienie, jak za bardzo skupię się na analizie sytuacji, to zaraz sam będę potrzebował GOPR'u. Muszę przełączyć mózg na analizę trajektorii przejazdu między kamerdolacmi, przeliczanie wektorów prędkości i przyspieszeń, obliczenie współczynnik tarcia na ściance źlebu... opona ześlizgnie się czy jednak przejdzie. Cokolwiek tam leży, to skoro leży, to prędzej czy później na to trafimy. Część zjazdu z Magurek musimy jednak sprowadzać bo jest dla nas za ostro, za trudno. Hamujesz - przegrywasz! Ale żyjesz! Uczciwy deal. Gdy sprowadzamy jeden fragment, kolejni wbiegający zawodnicy mówią nam, że to nie był wypadek, ale że gościa po prostu "odcięło" na podejściu... i "leżakuje" no bo wstać nie może. Próbowali wezwać GOPR, próbowali aplikację "RATUNEK", próbowali 112 ale nie udało się połączyć. Dlatego część z zawodników zadeklarowała, że zadzwoni ze szczytu jak złapie zasięg... sugeruje to, że w pewnym sensie że nie ma się co martwić, bo GOPR już na pewno wie, prawda? Wie, PRAWDA?... przynajmniej tak twierdzą. Nie jestem przekonany... no ale nie ma jak tego sprawdzić. Rzeczywiście mamy totalny brak zasięgu. Jedziemy zatem dalej, wciąż w dół i w dół. 

Kilka minut później trafiamy na opisywane nam zdarzenie. Rzeczywiście mamy leżącego na wznak zawodnika i dwie osoby przy nim: dziewczyna i chłopak, także uczestnicy zawodów. Według tego co przekazali nam "Ci wyżej" już wszystko powinno być ogarnięte, ale gdy pytamy "tych tu" czy nie potrzeba Im pomocy, to słyszymy w odpowiedzi: "TAK, potrzebujemy".

Oj... nie wygląda to dobrze Ogarnięte po huge'u... No dobra, zobaczmy czy możemy jakoś pomóc. Zatrzymujemy się i próbujemy przeanalizować sytuację. To nie był wypadek, to już wiemy - ale okazuję się, że leżącego zawodnika dorwały skurcze. Największe jakie w życiu widziałem. Gość leży na ziemi, z głową na kolanach drugiego chłopaka, a jego uda po prostu "przeskakują", drążą jakby był rażony prądem. Niekontrolowane drgawki, ale jest z Nim kontakt - mówi, że nie boli, póki się nie rusza. Skurcz zawsze kojarzy mi się z czymś co jak złapie, to tańczysz... po prostu tańczysz i błagasz o litość, a jego boli tylko kiedy próbuje się ruszyć. Jak leży jest OK. I widać, że gość nie udaje, próba przejścia w pozycje siedzącą i... las na długo zapamięta ten skowyt. No jest grubo...  Jako, że zaraz pojawią się nowe dramatis personae, to uporządkujmy sobie narrację. Mamy zatem naszą ofiarę - nazwijmy go roboczo: SKURCZE-byk. Jest Dziewczyna i jest także roboczo: DrugiGość. Przyjmijmy dla nich takie "imiona" aby było łatwiej połapać kto i co. Pytamy o GOPR, ale kręcą głowami - nie dali rady wezwać pomocy. DrugiGość mówi, że już tu sporo czekają i każdy mówi, że z góry wezwie pomoc, ale nie wiedzą czy się udało. Co to znaczy długo? Siedzieliśmy chwilę pod wieżą na Magurkach, ludzie wbiegali, szukali gdzie dalej leci trasa i biegli. Może ktoś zadzwonił, nie wiem... ale nie widziałem. Może ktoś zadzwonił... może nikt? Niesprawdzalne na tym etapie. Zakładamy zatem, że nikt. Jeszcze dodatkowo trzeba mieć pewność, że dobrze określili miejsce zdarzenia, na Magurki nie ma charakterystycznego szlaku! Można tu się dostać kilkoma drogami. Owszem bieg ma jakaś wyznaczoną trasę, ale pytanie czy albo kiedy ta informacja dotrze do GOPR'u. Sprawdzamy nasze telefony, ale mamy to samo -- totalny brak zasięgu: ani GOPR, ani RATUNEK, ani 112. 

SKURCZE-byk jest w stanie dość stabilnym, złym, nawet bardzo złym, ale jednak stabilnym. Dziewczyna prosi nas, że skoro zjeżdżamy to na rowerach to będziemy dość szybko "w cywilizacji" i żeby tam wezwać pomoc. Chyba nie ma innego wyboru, w tym stanie, kiedy przy każdym ruchu Skurcze-byk jest w agonii, to nie ma bata go ciągnąć po tych kamieniach. Potrzebujemy transportu, quada, czołgu, BWP'a, czegoś co ryje pod górę jak pojebane i nie zastanawia się czy tu jest droga czy jej jednak nie ma. OK, przekonałaś mnie, bierzemy tego QUESTA. Ruszamy w dół w poszukiwaniu zasięgu. Zjeżdżamy dosłownie dwa zakręty a tu nagle taka scena:

ISUZU D-Max (pick-up) i gość ryje pod górę na wstecznym. Silnik wyje, czuć swąd palonego sprzęgła, opony ślizgają się na błocie i kamieniach - no, ogólnie to miota nim jak szatan! Ryje jednak pod górę jak wspomniany pojebany! Szacun za ten wjazd! Naprawdę szacun"One hell of the pilot!" Rzuca go od lewej do prawej, przód czasem gdzieś ucieknie i poszerzy zderzakiem ścianki żlebu, z pod kół chlapie błotem a kamienie to po prostu wystrzeliwują spod opon przy tak przyłożonym momencie... szarpie niem ale wspina się! Koła przednie napędowe stają się "popychaczami" auta. Ryje pod górę jak dziki. Nie ma jednak szans podjechać tego ostatniego kawałka, świetny kierowca ale fizyki nie przeskoczy, nie wjedzie tym ostatnim żlebem, nie ma szans... Dopadamy do auta a tam (uwaga! nowe osoby: Kierowca i Sygnalista). Pytam czy jadą po Skurcze-byka? Sygnalista mówi, że zbiegł na dół i poprosił lokalnego gospodarza z terenówką o pomoc. Rewelacja! Kierowca mówi, że daej już nie da rady... sprzęgło mu już płonie, a auto niemal powieszone jest na tych kamieniach. Jest za stromo. Nie ma jednak potrzeby i tak podjechał w cholerę, zostały dwa zakręty do Skurcze-byka. Rzucamy okiem "na pakę" a tam porąbane drewno i.... TAK!!!... dwa wielkie, grube koce! No to damy zrobić nosze - w czwórkę na spokojnie damy radę znieść poszkodowanego do auta. Sygnalista bierze jeden koc, ja drugi i zapychamy z powrotem do góry. Kierowca za nami... acz trochę wolniej bo jest w klapkach. Przyjechał jak stał czyli z wprost domowego grilla. Krzyczy, żeby nikomu nie mówić o tych klapach, bo zwykle to On krzyczy na ludzi, że w góry bierze się dobre buty... a tu taka sytuacja. Chrzanić, dobrze że jest, że mamy transport - nie każdy bohater nosi pelerynę, niektórzy noszą klapki. Dla mnie spoko. Pakujemy Skurcze-byka w koc i w czwórkę, nie bez trudu, bo tu jest naprawdę stromo znosimy go do auta. Tu pojawia się kolejny problem, bo nie zegnie nóg... nie ma szans. Nie ma go jak zapakować do auta... wzdłuż tylnego siedzenia to wystają Mu i nogi i głowa.... no i nie zamkniesz drzwi. Na pace, na tym drewnie... hmm to ma być akcja ratunkowa a nie... żeby potem gazety pisały dziwne tytułu z cyklu "jakieś rowerzysta, gość w klapkach i biegacze postanowili zginąć przygniecenie drewnem jeżdżąc terenówką po Gorcach na wstecznym". Nie chcemy takiej sławy... Nota bene, nie wiedziałem że to była piosenka podburzająca lud "Wielka sława to żart, księże ch*ja jest wart..." :D  

Ciężki Skurcze-byk :)

 

Zaczynamy kombinować z konfiguracjami ludzko-samochodowymi. Nie będzie to wygodne... o czym nasz Skurcze-byk donośnie informuje (masakra jak to musi go boleć... naprawdę masakra), ale uda się po odsunięciu przedniego fotel i złożeniu siedzenia, wsadzić go "po skosie", po przekątnej auta. Jak coś jest głupie, ale działa... to nie jest takie głupie! Udało się! Sygnalista i DrugiGość pobiegli resztę biegu, a Dziewczyna zjeżdża z Kierowcą i Skurczybykiem.  

ISUZU rusza w dół! Co na drodze to pod koła, nie hamujemy dla nikogo. A my jedziemy na rowerach niczym w eskorcie, jak skrzydłowi lidera. Co za zjazd! Na dole się rozdzielamy, bo my będziemy odbijać na Lubań. Baza rajdu jest w Ochotnicy, tutaj też zaraz będzie zasięg, zaopiekują się już nim. Udało się... acz moje zboczenie zawodowe daje o sobie znać. Łączenie wątków i koordynacja procesów włącza mi się na pełnej. Wracam się.  UFFF, nie ruszyli jeszcze główną drogą. Dopadam do Dziewczyny i mówię "Zadzwońcie do GOPR'u". Ona pyta "czemu, Kierowca nam zwiezie do bazy".

W eskadrze Isuzu :)

I gość to rypał pod górę na wstecznym - powiem tak: nie pierd***lił się w tańcu :D

No właśnie, no właśnie... a GOPR jeśli dostał info o wypadku to będzie przeczesywał góry w poszukiwaniu osoby, która już została zwieziona. Zrobimy Im problem, zablokujemy potencjalnie komuś innemu pomóc i zupełnie bez sensu zaangażujemy służby. Ja tu nadal nie mam zasięgu, ale Oni jak zjadą do centrum to będą mieć. Może ktoś odwoła GOPR, a może nie... niesprawdzalne, więc warto to zrobić. "Obiecaj mi że zadzwonisz do GOPR'u i dasz Im znać, żeby Was już nie szukali. Służby MUSZĄ dostać tą informację". Dziewczyna mówi, że zadzwoni na pewno i dziękuję bo nie pomyślała o tym na tym etapie. Któryś z biegaczy mógł rzeczywiście dać znać ze szczytu, że potrzebna jest akcja ratunkowa. Nie znamy statusu zgłoszenia w GOPR, wiemy tyle że nie dotarli tutaj w czasie naszej akcji. Nie dziwię się że to mogło Jej uciec, też dopiero w ostatniej chwili o tym pomyślałem. Jak się "zafiksujecie" na danej sytuacji, na konkretnym działaniu to wcale nie jest łatwo popatrzyć na całość większą perspektywą. Mogło by się okazać, że zafundujemy GOPR'owi bezsensowną wycieczkę po górach. Czyli co Szkodnik, przyjmujemy że ogarnięte? Może nie profesjonalnie, może nie "by the book", ale wiecie jak jest "art of good enough" :D 

My ruszamy dalej... no bo gdzieś tutaj kręci się GSB (Główny Szlak Beskidzki). Złapiemy go na przyczółku Studzionki, a on zaprowadzi nas na...


WIEŻA nr 3 - Lubań 

Podjazd pod Studzionki to jest masakra. Słońce, upał i procenty... srogie procenty. Przed nami pasmo Lubania i to w tą trudniejszą stronę. Jak się jedzie Lubań - Przełęcz Knurowska to jest bajka, a w drugą stronę to jest.... ciężko, ale to najrozsądniejszy rowerowo szlak na Lubań. Rypaliśmy kiedyś zielonym oraz niebieskim, więc wiemy co mówimy. W obecnym wariancie bardzo duża część trasy jest do wjechania. Nie zmienia to faktu, że mając w nogach Gorc i Magurki to prosto nie będzie. Liczyliśmy że na Lubaniu będziemy najpóźniej o 15:00... powiem tak: ha ha ha. 15:00, tak? Marzenie. To pasmo jest naprawdę długie - patrząc na nasze tempo będziemy na wieży o 19:00. Cztery godziny opóźnienia.   

Mocne te procenty...

Góry uczą pokory

Gdzieś tak w połowie szlaku dopada mnie mocne zmęczenie... do tego trzeba także doliczyć, że oczywiście nie udało nam się wyspać z piątku na sobotę. Budzik na 3:00 w nocy, a położyłem się o północy... ech, kiedyś naprawdę porządnie wyśpimy się przed taką wyprawą. Kiedyś... kiedyś na pewno. Ale nie dziś. Siadamy pod jakimś drzewem i robimy mała przerwę. Trzeba się wspomóc, sięgam po kofeinowego shot'a. Mój ulubiony eliksir "Matka wie, że ćpiesz?" :D

To jest magia... a część z Was pewnie tego nie wie, ale ja nie piję kawy wcale. Mój organizm nie jest zatem przyzwyczajony do codziennych dawek kofeiny i taki shot to mi po prostu odpala lasery z oczu. No chyba że jesteśmy już na takim wyjebaniu, że obalasz trzecią butelkę i nic... też tak bywa. To są wtedy srogie wyrypy lub/i rajdy. Dziś jednak strzelam sobie drinka "No to co, Władziu? Za bezpieczny weekend". Zamykam oczy, przykładam głowę do losowego kamienia na ziemi, 3 minuty snu aby tylko oszukać organizm, ja odpływam a tymczasem niech kofeina zacznie robić swoją robotę. Reset, system reset.

Pierwszy impuls przebiega przez moje ciało. Linie zasilania budzą się jedna po drugiej. Sekwencer rozpoczyna procedurę. +12 V. +5 V. +3,3 V. Stabilizacja. Sygnał Power Good. Startuje sekwencja zapłonu. Synchronizacja zegarów. Trening kontrolera pamięci. Kalibracja magistral. Weryfikacja integralności firmware'u. Przeliczanie pamięci operacyjnej. Jeden po drugim kolejne podsystemy meldują gotowość. Tysiące... dziesiątki tysięcy sum kontrolnych. Inicjalizacja kolejnych układów. Ani jednego zbędnego ruchu. Chaos zaczyna układać się w architekturę.

Odpala się Boot loader. Sterowniki zajmują swoje miejsca, a linie przerwań dostają przypisania. Tablice pamięci wypełniają się adresami. Proces po procesie... usługa po usłudze... system wstaje. Interfejsy nawiązują łączność - sygnał, odpowiedź, handshake. Magistrale odpalone, inicjalizacja komunikacji. Pakiety danych ruszają w drogę.

Log rozruchowy przesuwa się przed moimi oczami. Nie jest idealny. Kilka warningów. Ślady dawnego zużycia. Pozostałości po aktualizacjach sprzed lat. Wpisy dotyczące urządzeń, których już nie ma. Moduły pamiętające czasy, kiedy wszystko działało odrobinę szybciej.

Na szczęście nie ma errorów. Żadnego czerwonego komunikatu. Żadnego Connection failed. Żadnego Service unavailable. Żadnej krytycznej awarii.

To może nie jest już "nówka nieśmigany", ale to jeszcze nie jest etap "wylatanego rzęchu"... 

Szkodnik patrzy na mnie i pyta "Lepiej?"

"Good as new" - odpowiadam.

"Przypomnę Ci te słowa jak będziemy pchać ostatni kawałek przed szczytem. Ruszajmy".  

Gdzieś w Paśmie Lubania

Prawie w połowie... no dobra, w 1/3

Cóż by nie... 

Prowadzi nas szlak w kolorze krwi

Kilometr za kilometrem

Hmmm... wszystkie się tu zebrały, chyba coś knują i coś tu się wydarzy, albo jak wektory, mają tutaj gdzieś bazę :D

W przód i w przód

Piękny ten trakt

Jak jak kocham takie zdjęcia dróg - DROGA JEST CELEM

Kierujemy się - zgodnie z instrukcją: "ALL YOUR BASES ARE BELONG TO US" do bazy pod szczytem. Jeszcze po drodze uzupełnienie wody w LUBAŃ-ZDRÓJ i chwilę później meldujemy się w bazie. Herbata, kawa i wspaniały górski klimat.Otwieramy mapy i analizujemy sytuację. Zachód słońca mamy za trochę ponad godzinę... a do Krościenka, mimo że będzie to zjazd, to chwilę on zajmie bo jest to około 10 km. Plus przejazd do Szczawnicy i masakra podjazd na Leśnickie Sedlo. Nie zdążymy tam na zachód słońca. A tu mamy wieżę widokową! Jeśli ruszymy teraz to zachód słońca nas złapie gdy będziemy w Krościenku lub Szczawnicy. Chyba lepiej poczekać, a przy okazji trochę odpocząć... chociaż "zabierze" nam to kolejną godzinę z dostępnego czasu na wyprawę. Wygrywa jednak chęć zobaczenia zachodu słońca - znacie nas. W zasadzie my ciągle gonimy zachody słońca :)   

 

Niezmiennie :)
Skoro podejście było ciężkie, to czy jest to Ciężka Woda? Można ją nosić w plecaku marki DEUTER?  Ja się naprawdę poważnie pytam :D 
Coraz bliżej szczytu
Sława i chwała, Baniaku Czerplusie :D

Ostatnia pro... pod górka :)

Góry nas jednak oszukują, zachód słońca mimo fantastycznej miejscówki jest umowny, bo słońce znika za dużym "wałem" chmur. I tak było ładniej niż z dołu, ale szkoda bo trafiliśmy tu idealnie czasowo. No trudno, zjeżdżamy do Krościenka. To długi, naprawdę długi zajazd, więc do miasteczka wjedziemy już po zmierzchu. Jest po 21:00, a my mamy 3 wieże z planowanych 8. Nie ma tragedii ale złapaliśmy spore opóźnienie, góry to jednak góry... zatrzymują. To właściwie pierwszy moment na uzupełnienie zapasów, zwłaszcza picia (między Magurkami a Lubaniem, niby przejechaliśmy przez Ochotnicę ale to było 200 metrów od szlaku do szlaku i fragment bez sklepu). Było gorąco, było pod górę, zeszło kilka litrów z plecaka, więc wykupujemy cały lokalny sklep czyli "dziś znów mnie czeka TANKOWANIE NOCĄ, znów czuję straszny paliwa brak, z nerwów drżę cały i ręce mi się pocą  tankowanie nocą, trochę przed północą... ".

Na czym BAZUJE to powitanie? :P
Wieża nr 3 - Lubaniasty
Nadal BE ACTIVE, mimo że już trochę wytyran :)

A gdyby to była gmina Dolcza, to było by to Dolcze WITA? :D 

Nasz wieloletni długodystansowy czerwony Przyjaciel :)

Słyszeliście bajkę o naleśniku i dżemie? Leży baba na leśniku i drzemie :D

Kierunek Krościenko czyli zjazd po zmroku... i po kamieniach :)

Entering PIENAP (Pieninski Narodnyj)

Entering PIENAP.... czyli Szmaragd Dunajca, Rubin Szczawnicy 

Dość tych Gorców, wjeżdżamy w Pieniny. Kierujemy się ścieżką rowerową do Szczawnicy, a zaraz na początku miasteczka skręcamy w kierunku przejścia granicznego ze Słowacją. Cel jest jasny: Lesneckie Sedlo. Jasny to mało powiedziane, można to rozumieć dosłownie bo na niebie pojawia się ogromna kula światła. Dobry wieczór, Przyjacielu. Dobrze Cię znowu widzieć... chociaż będzie to krótkie spotkanie, bo zachmurzenie niemal rośnie w oczach. Podjazd pod tą przełęcz jest długi i ciężki więc za nim go zrobimy, księżyc całkowicie zniknie za chmurami. Dobrze, że wyszedł chociaż na chwilę... Niezmiennie, niezmiennie "I told her that the moon was a magical thing, it shines gold in the winter and silver in spring"

Nim jednak dotrzemy na przełęcz trzeba pokonać ten podjazd. Znowu przewyższenia, a w nogach już Gorc, Magurki i Lubań. Licznik przewyższeń już dawno przekroczył 2000 i zapowiada się, że na przełęczy będzie około 2500... srogo. Kolejny podjazd z cyklu "każdy umiera w samotności". Kręcicie i kręcicie a drogi zdaje się nie ubywać. Odstawiam trochę Basię, bo każdy jedzie swoim tempem. Basia woli wyższe kadencję, a ja jestem jak diesel: wysoki moment, niskie obroty. Staję na pedały i cisnę. Jako, że droga jest miejscami kręta, w pewnym momencie mam wrażenie że jadę sam. Żadnego światła, tylko ja, ciemność, droga w świetle czołówki i księżyc na niebie, przez który przewalają się chmury. Ciemność robi się coraz gęstsza, księżyc walczy aby jeszcze jakoś oświetlać mi trakt, ale zaczyna przegrywać tą nierówną batalię. 

Chmury - ciemności narzędzie... no i powiedziałem to na głos... no tak, Byron w tłumaczeniu Mickiewicza. Coś pięknego: mistrz przepisujący mistrza. "Zniknęły chmury - ciemności narzędzie, stały się niepotrzebne... CIEMNOŚĆ BYŁA WSZĘDZIE". Niesamowity wiersz, idealnie pasujący na taki nocny podjazd (a pamiętajcie, że to wiersz z czasów gdy nie było elektryczności). "A gwiazdy w nieskończoność biorąc lot niezwykły, zbłąkawszy się, olsnąwszy, uciekły i znikły. Bez nadziei powrotu, ziemia lodowata, wisiała ślepa pośród zaćmionego świata...". Tak, taki jest klimat tego nocnego podjazdu. Jak nie słyszeliście tego wiersza, to koniecznie sprawdźcie powyższy link, a ja tymczasem jadę dalej. Przez noc, przez ciemność, przez mrok, Szkodnika dość mocno odstawiłem i walczy gdzieś na początku podjazdu a ja cisnę ile sił w nogach. Może dzieli nas ze 3 zakręty, ale w taką noc czuję jakbym tu był sam... no właśnie... czy na pewno sam? Jak to mawiają: speak of the Devil and he shall appear... jest i On, mój dobry znajomy. A znamy się od zbyt wielu lat. Oj zbyt wielu. Dobry wieczór. Co za noc... wspinam się tym podjazdem już totalnie na automacie, bo mój umysł jest już w innym miejscu. Postać z mroku uśmiecha się i mówi: 

- "Dawno się nie widzieliśmy". 

- "I mogłoby tak zostać" - odpowiadam kwaśno. 

- "Nie grozi Ci to, stęskniłem się..." - szepce ze śmiechem i kontynuuje już poważnie: "Wpadniesz?"

Dostałem właśnie zaproszenie do karczmy, a przecież niegrzecznie byłoby się spóźnić do takiego gospodarza...widzę że koleś nie chce odpuścić tych negocjacji. Ile to już razy przeglądałem treść tej oferty... władza, bogactwo, szczęście. Ta umowa nie ma chyba haczyków, prawda?  Można podpisać, nawet dzisiaj... co za noc! Postać z mroku się uśmiecha, a na niebie ten płonący księżyc, który gaśnie na moich oczach, walczy i walczy, ale przegrywa. Ciemność nadchodzi... a tymczasem droga pod górę, która na obecnym zmęczeniu zdaje się po prostu nie kończyć robi się coraz trudniejsza.No i wiatr... lekko złowieszczy wiatr smaga mnie od boku. Ale nie odpuszczam, naciskam na pedały i jadę. Nawet jeśli ta droga nie będzie mieć końca nigdy, to póki jadę, to nie przegrałem - nie zatrzymasz mnie, stary druhu. Nie ma długopisu, nic dziś zatem nie podpiszę. 

- "Oj mamy XXI pierwszy wiek, wystarczy akceptacja regulaminu online z poziomu profilu zaufanego..." - podpowiada. 

- "Chrzań się, Rogaś... jadę po 4-tą wieżę i choć jeszcze do niej daleko, to mnie nie zatrzymasz... mam cel i go realizuję. Póki nie dodasz owocowych czwartków w środy do tej umowy, to mnie nie przekonasz. Słaba stopa zwrotu z inwestycji."

"Usiadł obok w czarnym płaszczu, cichy, niby swój

Patrzył prosto jakby czytał cały życiorys mój. 

Mówi: napij się ze mną, bracie, nim przyjdzie świt...

Dam Ci pełne kufry dam Ci władzę, dam Ci tron, tylko oddaj to co w środku... podpisz krwią: 

...On nachyla się nade mną i mówi: po co bieda Ci 

po co droga pełna błota, ze mną będziesz panem dni...  

... 

Raz piłem z Diabłem, hej lała się gorzała.

Cała karczma wyła, cała sala grała..." (całość TUTAJ)

Mogło być gorzej... tylko 12%, ale po 3 wieżach to będzie boleć

Kusisz, naprawdę kusisz. Może kiedyś podpiszę. Może nie do końca taka zła ta umowa. Cisnę dalej i zaczynam wyć... totalna ciemność, totalnie pusta droga, niesamowita jest ta noc, a ja po prostu wyję czyli śpiewam. Mam nadzieję, że Słowacja nie uzna tego za prowokację i nie zerwie z nami stosunków dyplomatycznych, bo hmmm... jakby to Wam powiedzieć: ja słabo śpiewam. Słabo, ale głośno, więc jak to nazywa Szkodnik: WYJĘ. No więc wyję przez noc:      

"...bo mój życiorys pisał Diabeł,

czarnym tuszem, nocą gdzieś 

każdą stronę zalał winem,

każdą łzę podpisał GRZECH

i choć próbuję zmienić rozdział

wyrwać kartki, spalić most

On się śmieje z końca baru

Jeszcze jeden dopisz los..."  (całość TUTAJ)

Przełęcz! Dojechałem. Jak w transie, ale dojechałem. Licznik przewyższeń zatrzymał się na 2500m... zgodnie ze wcześniejszymi przewidywaniami. Jest północ, chmury całkowicie skryły księżyc. Ciemność... ciemność była wszędzie. Chwilę później dojeżdża do mnie i Szkodnik i pyta: 

- "Z kim Ty rozmawiasz?"

Z nikim, a już na pewno z nikim ważnym.

- "Oj, mógłbym poczuć się urażony takim stwierdzeniem" - słyszę ostatni szept w głowie, a potem zapada już cisza.. .  

Postanawiamy zanocować tutaj. Mieliśmy być na Eliaszówce rano, a przed nami Wysoki Wierch, Durbaszka, Wysoka i odcinek graniczny na Obidzę. Gdzie tam, Panie, do Eliaszówki.... całe Pieniny do zrobienia. Rozkładamy się pod wiatą i planujemy złapać ze 4 godziny snu, tak aby o wschodzie słońca ruszyć w kierunku czwartej wieży.   

Kładziemy się spać pod wiatą. Zamykamy oczy i odpływam... dzień nas jednak naprawdę mocno sponiewierał. Mimo, że nie jest tutaj zbyt wygodnie to sen nadchodzi szybko. W pierwszej fazie nie jest jednak mocny, jestem jeszcze w trybie pół-alert gdy słyszę... kap, kap, kap. Krople uderzają w dach wiaty. Deszcz. Hahaha, zdążyliśmy pod wiatę. Lej, padaj, kap... mamy wiatę, możesz mi naskoczyć.... no chyba że zaraz rozpęta się burza, zacznie wiać, a deszcz zacznie padać poziomo... no to wtedy, wiata nam nic nie da. Tak jak było podczas powrotu z Warszawy, gdy przemoczyło nas totalnie i to mimo wiaty bo padało w poziomie. Tym razem kapie jednak pionowo bo wiatr mimo że złowieszczo zawodzi po pagórach to nie jest bardzo mocny. Wiata dobrze nas chroni, a odgłosy lekkiego deszczu uderzającego o dach koją nasze zmęczone dniem zmysły. Pora złapać trochę snu, do zobaczenia zatem za jakiś czas...    

 

WIEŻA nr 4 - Eliaszówka

Świt... wschód słońca... no prawie, bo zachmurzenie jest totalne. Nie widać nieba, nie widać słońca. Świta zatem umownie - robi się po prostu coraz jaśniej. Zbieramy się z pod wiaty... ech Szkoda, przecież to jest mega miejscówka na wschód i zachód słońca. Tak było w Sylwestra... tak, tyle że było wtedy także -11 stopni i wiało jak potem płci męskiej kobiety negocjowalnego afektu. 

Sylwester 2025/2026:


No cóż, nie każdego dnia naszym oczom dany będzie ten świetlny spektakl. Pora ruszać. Rypiemy ostro pod górę na Wysoki Wierch - przepiękny punkt widokowy na... wszystko! Tatery, Pieninki, Sądecki Beskidnik! Coś pięknego i to mimo pełnego zachmurzenia. Pchamy. Pierwszy szczyt dzisiaj! Wyłazimy i spotykamy... Ducha Gór. Jest 5:00 rano, nikogo... po prostu góry i my...  no i jeszcze mgły i chmury. A tu nagle pojawia się On... niemal znikąd. Ma bardzo przyjazne usposobienie, ma ogromną lokalną wiedzę, nawiązujemy świetną dyskusję o górach i historii tych terenów. Pytamy go dokąd zmierza, odpowiada że nie wie. Po prostu pojechał nad ranem w góry i chce wypić kawę (ma ją w termosie), gdzieś w górach, gdzie jeszcze nie był. Nie planuje nic, szwenda się bez szlaków, bez planów.... jak duch. Pyta czy damy Mu jakąś rekomendację na dziś, najlepiej na Słowacji. Pytamy zatem czy był już u Miśka na Veternym Vrch (1111m), odpowiada że nie i ten pomysł bardzo Mu się spodoba. Prosimy aby pozdrowił od nas Miśka i dzielimy się ciasteczkami... chwilę później znika i rusza na południe, a my jedziemy niebieskim szlakiem, granicą. Przez całe pasmo graniczne Pienin.  

OPEN SPACE'y moje kochane

Kocham to miejsce

Mega FLOW

Mega PODPYCH... no i skończyło się rumakowanie :)
Żółty szlak na Wysoki Wierch

Na granicy

Jest i on :)

Klejnot w koronie i w 100% się zgadzam

No to jesteśmy w Pieninach

Tu popełniamy błąd... piękny ale jednak błąd. Szlak graniczny prowadzi przez Wysoką. To jest piękny, ale mega terenowy szlak. Znamy go dobrze i można było go, na takiej wyprawie jak dzisiejsza, po prostu objechać dobrymi drogami: np. zjechać bajka-zjazdem z Durbaszki i pocisnąć Wąwozem Białej Wody na Obidzę.Tak też w sumie mieliśmy w planie naszej wyprawy, a tymczasem jakaś zaćma na umyśle i walimy granicą, a zatem na wspomnianą Obidzę rypać się będziemy się prawie 3,5h...  owszem przez extra Przełęcz Rozdziela, która rozdziela Pieniny od Beskidu Wyspowego. Niemniej ten wariant względem Białej Wody był "na bidę" ze 2h dłuższy. Zgubienie na Magurkach, akcja ratunkowa na GUT, a teraz to... zjadło nam to z 5h łącznie. Będzie to czas, którego braknie nam na wieżę numer 7 i 8 pod koniec niedzieli.  

No to co? Na wprost!? 

Kolejna huśtawka na poziomie

Kierunek DURBASZKA

Dokładnie tak!

Dzisiaj Pieniny witają nas mgłami... 

Szlak graniczny

...jest średnio przejezdny

Ale idealny do noszenia!

U stóp ściany :D

Dobry, techniczny podpych :D

Na rozstaju dróg pod Wysoką

Korekta S2E01 bo trawersujemy Wysoką i szlak nam trochę uciekł...

Korekta S2E02 :)

Korekta S2E03 :D

Oczy z pokorą wbite w ziemię, więc chyba jest stromo :D

Piękny singiel !!

Z drugiej strony walimy przez całe Pieniny pięknym granicznym szlakiem, więc nie jest źle. Kiedy miniemy Przełęcz Rozdziela, wkroczymy w Beskid Sądecki i finalnie dotrzemy na Obidzę, a stamtąd skierujemy się na Eliaszówkę (1024m). Dawno tutaj nie byliśmy i powiem Wam, że zmieniło się tutaj nie do poznania. A była to kiedyś góra na totalnym uboczu, góra o której mało kto wiedział i to mimo, że już wtedy miała wieżę widokową. To także góra na której umarł mój Santa... "Śpij bestio w ciszy swej mogiły, pokochałeś góry i one Cię zabiły". 9 lat temu, masakra. Szmat czasu. Wracam myślą do maszyny, która na zawsze zostanie w mojej pamięci. Jedyny rower, który był ze mną na Lackowej "przez" tą pionową ścianę płaczu. Jedyny, który był na szczycie Wysokiej (a nie trawersował ją jak my dzisiaj) - tak, mówię o tej platformie, na którą prowadzą te strome schody... wygląda jakbyśmy chyba jednak zmądrzeliśmy z czasem. Ech, Santa miał naprawdę rogatą duszę. No to co? Pasowałoby w takich chwili polecieć kolejnym komiksowym klasykiem, wspominając moją kochaną Bestię: "Pozwalam sobie pomyśleć o niej jeszcze jeden raz, a potem zamknę tą myśl w sercu już na zawsze"

Pora jednak ruszać dalej, bo piąta wieża majaczy już na horyzoncie... ale najpierw musimy pokonać pilnującego ją strażnika: WIELKIEGO ROGACZA (1182 m)

A za nami Wysoka :)
Rypiemy dalej granicznym 

Mokro!
A można było przyjść stad - od Wąwozu Białej Wody, no ale nie... po co :D

Przełęcz co rozdziela Pieniny od Beskidu Sądeckiego :D

W kierunku Obidzy
Nadal w kierunku Obidzy
Pomału zbliżamy się do...
Dokładnie tak!

No i jesteśmy!

Czwarta wieża !!!

Przystroili ją na naszą wizytę - ładnie, ładnie!

WIEŻA nr 5 - Radziejowa  

Aby dostać się do Radziejowej musimy pokonać dwa problemy. Pierwszy to WIELKI ROGACZ. Heh od zawsze nazwa tej góry będzie mi się kojarzyć z Rogatym Rozpruwaczem z Dungeon Keepera (link jak zawsze na własną odpowiedzialność). Podejście pod tą górę jest srogie. To tu kończy też bieg pewien niebieski szlak, którego końcówki trzymamy się przez całe Pieniny (od Durbaszki). Tak, końcówka idzie przez całe Pieniny bo to długodystansowy szlak TARNÓW - WIELKI ROGACZ. W kolorze błękitu oraz o długości 193 km. On jeszcze czeka na nasze "zrobienie" całości, acz wiele jego fragmentów przejechaliśmy już to wiele razy. Nawet teraz prowadzi nas on od wielu godzin.  Drugim problem jest podejście z Przełęczy Żłobki na Radziejową. Kamieniste, strome podejście... nie przepadam za nim, zwłaszcza z rowerem... ale nie ma innej drogi. Z Przełęczy (jak) Obrazek zjedziemy na Przełęcz Żłobki, a stamtąd trzeba się już po prostu wyrypać tym podejściem, czerwonym szalakiem na Radziejową. Nie ma zmiłuj się, nie ma litości... atakujemy Rogatego a potem podejście pod Radziejową. Szturmujemy wieżę numer 5 i mimo, że Beskid Sądecki stawia opór udaje nam się sforsować kamienistą twierdzę jego najwyższego szczytu. 

Teraz czeka nas bajka. Przejazd Radziejowa - Przehyba (dokładnie w tą stronę, od R do P) to jest kapitalnie przejezdny szlak, nota bene Główny Beskidzki (czerwony). Kilka małych podjazdów, ale ogólnie tendencja zjazdowa. Coś pięknego... MTB flow na pełnej i znowu nie hamujemy dla nikogo. Co na drodze to pod koła. Zjazd jest za dobry aby tu hamować :D 


Tu jest mały, a w lasach ukrywa się Wielki :)

No i Radziejowy klasyk...

Pchamy...

Nie ma na co patrzeć, Szkodniku :)

Trzeba pchać :)

Jest i wieża nr 5 !!!

Najwyższy szczyt Sądeckiego Beskidnika

No to kierunek Przehyba

Las pełen mgieł... boję się!

"A pierd**isz, jedź!" - kochany Szkodnik :D

Szkodnik, nie zostawiaj mnie samego we mgle!

Gdzieś między Radziejową i Przehybą

No i znowu pchamy...what else is new?

W sumie fakt... 

Dokładnie tak! 


WIEŻA nr 6 - Koziarz (Suchy Groń).

Przehyba. Mokro, wszystko aż ocieka wodą - taka dziś pogoda. Od Radziejowej idziemy w chmurze i wszystko po prostu ocieka wodą, mimo że deszcz nie pada. To po prostu chmura, ale i tak jest super. Odremontowane schronisko na Przehybie naprawdę dobrze gotuje, więc łapiemy jakiś obiad. Pierwszy ciepły posiłek od wczorajszego poranka, a mamy już niedzielne popołudnie. Takie rzeczy od razu podnoszą morale i to mimo, że wygląda na to, że 8-miu wież na tej wyprawie to zrobić się jednak nie uda. Zabraknie nam czasu, bo trzyma nas poniedziałek i praca. Pieniny, Eliaszówka i Radziejowa zabrały nam sporo czasu, no a wczorajsze Gorc, Magurki, Lubań sprawiły, że nie jedziemy dziś na świeżo. Liczba przewyższeń w nogach jednak swoje robi. No i noc pod wiatą... czyli jak to mówił nasz rehabilitant po operacjach kolan "2 godziny na kamieniu to nie regeneracja". Nie mamy też już 20 lat (chociaż czasem czuję się na maksymalnie trzy :D). Z Przehyby ruszamy w kierunku szóstej wieży - Koziarza, zwanego Suchym Groniem. To wcale nie jest tak blisko. Jakoś tak zawsze wydawało mi się, że w godzinę idzie zrobić ten kawałek... no i znowu miałem rację, wydawało mi się. Ten fragment, przed Koziarzem, zarówno przed jak i za Dzwonkówką jest przeze mnie średnio lubiany. Jakoś nie leży mi ten kawałek, no ale plan jest planem. Skoro mamy w ten weekend wieżobranie to z Radziejowej atak na Koziarza wpisuje się idealnie w założenia takiej wyprawy. Dzwonkówka nas jednak sponiewiera bo miejscami jest tam mega kamienisto i stromo... licznik przewyższeń dostał już dawno pierdolca, więc nawet na niego nie patrzę. Przekroczyliśmy już 5000m sumy podejść... grubo. Idzie się ciężko, ale o zachodzie słońca, którego nie ma (bo przewalają się tutaj wielkie gęste mgły), meldujemy się na Koziarzu. Weszła 6-wieża widokowa. No i... właśnie skończyła się niedziela.


Krzesełko :)

Spacery z rowerem we mgle :)

Czyli znowu rypanie...? 

...pod górę?

No chyba tak...

Czy jeszcze ktoś ma pytania o średnią 3.5 km/h...?

Podążaj za strzałkami !!!

Dzwonkówka

Ale klimat w tej mgle

Znowu pod górę?

Po kamieniach...

Albo MLASK-MLASK błocie...

Zbliżamy się do Koziarza

No dziś zachód słońca będzie petarda :P

Zaczynam chyba mieć dość tego pchania...

A Ci nadal - be active... czy ja się obijam :D ?

Wieża numer 6 !!!

No i skończyła się niedziela :P

Zjazd z Koziarza

No ale jednak ta mgła robi klimat

Złowieszczy klimat :D

No i znowu nocą w lesie. My chyba nie umiemy inaczej

Nostalgia trip....

W planach był teraz zjazd do Łącka i wyrypanie się przez Małą Modyń na Modyń (7 wieża), a stamtąd przez Zapowiednicę na Mogielnicę (8 wieżą), no ale skończyła nam się niedziela... słońce właśnie zaszło i zapada noc. A Modyń jest górą... hmmm... w sumie nieprzejezdną. Zwłaszcza w kontekście "zjazdu", bo aby wyjść na kierunek Mogielnicy to musielibyśmy zejść pionową ścianą (czarny szlakiem w kierunku na Cichoń). No OK, można zjechać w stronę Kamienicy, ale wtedy stracicie w zasadzie całą wysokość. Kierunek na Cichoń traci tej wysokości najmniej, no ale i tak jest to pionowa ściana w dół... więc licząc wyjście na Modyń i potem zejście... no zakładam, że byliśmy tam po północy... a gdzie jeszcze Mogielica. Trzeba wrócić jeszcze do Krakowa na poniedziałek rano. Trudno, miało być 8 wież, będzie 6. Za słabi byliśmy na osiem, ale i tak mega sroga wyrypa się zrobiła (łącznie wyjdzie 5400 przewyższenia i 140 km...). Z Koziarza zjeżdżamy zatem na Tylmanową i łapiemy Velo Dunajec, a potem odbijamy z powrotem na Szczawę. To spory kawałek drogi, już mniej atrakcyjny pod kątem bo nie górami i szlakami, ale cóż... nie daliśmy rady zamknąć całej trasy i trzeba trochę "awaryjnie" zjechać do auta. Czeka nas przejazd przez Kamienicę i Szczawę... właśnie Szczawę. Lata, naprawdę lata i mówię tutaj o liczbie około 15 czyli w zasadzie "od dziecka" po okres bycia rozwydrzonym nastolatkiem :D spędzałem tu każde wakacje. Całe! Znam tu każdą ścieżkę, znam lokalne nazwy, z których części nie znajdziecie nawet na najdokładniejszych mapach: Łuszczki, Farony, Sołtysz, Polanki,  Przejazd nocą przez całą Szczawę to jest niesamowita nostalgia trip, zwłaszcza te fragmenty drogi, z których schodziło się nad rzekę... no i jest jeszcze jedno szczególne miejsce. 

Pewien, dziś już opuszczony dom. Od lat, od naprawdę wielu lat bo ostatnia iskierka życia zgasła w nim jeszcze przed pandemią COVID, a przecież od "pierwszego roku plagi" mija właśnie 6 lat.         

"...podłoga skrzypi, budząc dawne cienie. Na ścianach wisi milczące wspomnienie. To stary dom, gdzie czas dawno się zatrzymał, ale to już nie my, to już tylko zimna bryła... tamte dni zwiędły jak w wazonie kwiat, nie ma już powrotu do dziecięcych lat..."  

Jest noc, zatrzymuję się przed tym domem. Ile to lat się tu mieszkało. Ile razy paliło się w starym piecu aby suszyć zebrane grzyby. A stary wiarus? Pies, co umiał otwierać drzwi skacząc na klamkę, ile to już lat... Jest północ, do auta mamy może z 500 metrów, ale nie mogę oderwać wzroku od tego miejsca. A zima, która kiedyś tak zasypała Szczawę, że 10h (sic!) odśnieżaliśmy wyjazd, zwłaszcza że był on mocno pod górkę. Śniegu było po parapet okna! A za tym domem był jeszcze tartak, też go już dzisiaj nie ma.... wszystko zarosło krzakami i trawą, a przecież kiedyś była tu kamienista droga. Tak, kamienista... kamyczki, ciekawe czy znajdę pod butami, te które wyciągano mi pincetą z łuku brwiowego gdy zaryłem ryjem w tą drogę za dzieciaka. Powbijało mi się ich wtedy w ryj sporo. Takich malutkich, ale powbijały się srogo. Obchodzę dom dookoła... gdzie te dni gdy chodziliśmy "na urbex'y" w kierunku porzuconych, nieskończonych budynków sanatoriów. 

To były inne czasy... czyli co, znowu mamy klasykę: "Pozwalam sobie pomyśleć o niej jeszcze jeden raz, a potem zamknę tą myśl w sercu już na zawsze"    

Wracamy do auta... jest przed 1:00 w nocy z niedzieli na poniedziałek. Pora wracać. 6 wież z ośmiu. Piękna, ale mega wyczerpująca wyprawa (jednak dużo pchania wyszło, naprawdę dużo pchania). Wracamy do Krakowa. 2-3h snu i meldujemy się w pracy. W zupełnie innej roli, w zupełnie innym świecie... ale plany na kolejny weekend już się kształtują. No ale o tym, to ROZTOCZE opowieść kiedyś indziej.  

Komentarze

Popularne posty