KORONA JESENIKÓW... i złote dodatki

182 km, około 5300 m przewyższenia oraz 41h w trasie czyli kolejny z naszych, nie do końca poważnych - ale jakże pięknych - pomysłów. Wielka Jesenikowa Wyrypa, która zabrała nas na niesamowitą przygodę z Pradziadami (1491m), Kerpnikami (1423m), Serakami (1351m) i ich kolegami. To także wyprawa, która musiała być bardzo mocno i elastycznie modyfikowana w trakcie, bo mieliśmy tylko weekend, a nie tydzień. To nie jest metaforyczne stwierdzenie... start wyprawy to była sobota 7:20 w czeskim Rejviz (a więc był także i nocny dojazd do Czech... noc zarwana...), a koniec to północ z... NIEDZIELI NA PONIEDZIAŁEK. I to już nie do końca było w planie... bo w Krakowie byliśmy około 5:00 rano w poniedziałek. Prysznic i do pracy... lekki przypał bo jednak zakładaliśmy powrót do Krakowa koło 21-22. No ale góry pokazały nam swój ogrom i siłę, a mówiąc mniej poetycko: sponiewierały nas, wybatożyły, wytarmosiły i upodliły. W sumie nie mam co dodać więcej bo zrobiliśmy jakieś 40% pierwszego planu trasy... a widzieliście parametry... słownie: czterdzieści procent. "Ten plan nie miał wad" - cytując klasyka. Przepiękna wyrypa, ale nie na dwa dni, tylko na jakieś 4 czy 5 (jak niegdyś "PRZEMYŚL powrót do Krakowa" 71h). To tyle słowem wstępu, jedźmy z foto-relacją, acz kilka słów o naszej przygodzie też napiszę.

Garmin nie ogarnął, że to jedna wyprawa była, zapisał mi dni oddzielnie :D

 

PLAN

Na wyrypę przez całe Jesieniki ostrzyliśmy sobie korby już od dawna. Jeśli chodzi o te tereny, to jakoś tak zwykle jeździ się na Pradziada, czasem na Seraka czy Kerpnika.... zwykle o ile oczywiście wiecie w ogóle gdzie są Jesienniki :P 

No a gdyby tak połączyć to wszystko (i więcej) w jedną wyprawę? Liczba przewyższeń w takim wypadku wystrzeli w górę bo tu non-stop jest gdzieś 450 lub 580 podejścia. Niemniej mamy tutaj też dziesiątki szlaków, więc możliwości przejazdów czy wariantów jest multum... i to bywa zgubne! Generuje to nasze dziwne zachowania i pojawia się chciwość: jeszcze to, jeszcze tędy, jeszcze trochę... i potem robią się takie liczby jak 5300 przewyższeń.  

Pierwszy plan w kontekście czasu czyli weekendu był... absurdalny! Chcieliśmy pojechać z Głuchołazów do... Głuchołazów przez całe Jesieniki, Góry Złote i Ziemię Nyską. Pradziad, Dlouhe Strany (takich ichni Żar tylko na 1350m :P), potem przez Serak, Kerpnik i wjazd na pełnej...  w Góry Złote aby walić granicą PL - CZ przez Brousek, Kowadło aż do Złotego Stoku (tak, przez Trojak, Borówkową i Wielki Jawornik przy okazji także ). Stamtąd na Paczków i potem szlakami na Otmuchów i Nysę, przejechać sobie obok jezior ziemi nyskiej... ja wiem, ja wiem, niektórym z Was nie będzie taka lista wiele mówić, ale niektórzy popatrzą na nią i stwierdzą "puknijcie się w pałę". 

"Między Bugiem na Pravdą" (:P :P :P) sami w końcu doszliśmy do tego ostatniego wniosku, że nie ma huge'a zrobić tej trasy w weekend. Nie ma takiej opcji. Szczęśliwie opamiętanie przyszło jeszcze przed wyjazdem. Siedzę w piątek nad rozłożoną mapą i rozpaczam... no nijak nie zepnie się to nam czasowo. Jak to zrobić? Jak to zrobić skoro żal odpuszczać cokolwiek z naszego planu. Maksymalizm mnie czasem zabija... albo kiedyś zabije. Basia rzuca pomysł:  

Zaparkujmy tam gdzie ostatnio w czeskim Rejviz, będzie sporo bliżej do najwyższych szczytów Jesieników niż z Głuchołazów. To już kupi nam kilka godzin. Pojedziemy na Pradziada, Elektrownię i Seraka czyli zrobimy najważniejsze i największe szczyty - KORONĘ, a potem zależnie od godziny, korzystając z mnogości szlaków, dorzucimy do wyprawy co się da, robiąc pętlę do Rejviz. 

To ma sens! Ogromny sens, acz mierzi mnie, że nie mamy takiego mega skonkretyzowanego planu z pełną rozpiską. Wolę mieć wszystko dograne od A do Z... no ale pomysł Szkodniczka ratuje nam wyprawę, która w oryginalnym planie nie mogła się po prostu udać. Nie zmienia to jednak faktu, że moje fobie oraz psychozy, że nie mamy dokładnej marszruty wyją w mej duszy, rozrywając ją na strzępy... no ale resztki logiki mówią "to ma sens, to ma sens". 

Gdzieś tam nadal się łudzę, że wyjedziemy na ziemię nyska... nie grozi nam to, ale odsuwam od siebie myśl, że nie będzie to możliwe. Mapa "nyskiej" ląduje w plecaku... tak na wszelki, wiecie jak jest. Dobra - pora ruszać w drogę. Budzik na 2:00 w nocy, plecak spakowany, duża ilość wody i prowiantu bo będzie ciężko z "doładowaniami" po drodze i idziemy złapać 3h snu... jest 23:00 a przed nami jutro wielka wyprawa. 

 

Do lasu z samego rana... 

...bo kochamy lasy :)

OPEN FOREST HIGHWAY

Piękna dolina

Jeszcze po płaskim, ale już niedługo

Dobijcie, nie ma już nadziei :D

Jeszcze sielanka nad wodą i...

...i atak na pagóry

Kierunek PRADZIAD!

 

"Z dziada PRADZIADA, ten ogień nie zgasł mimo tylu burz..."  (całość TUTAJ)

Wschód słońca w sobotę to coś pięknego. Spektakl światła odbijającego się od chmur jest niesamowity, a my suniemy przez budzący się dzień w kierunku najpierw Gór Opawskich, a potem dalej Jesieników. Koło 7:00 rano docieramy do Rejviz i parkujemy nasz SFA-Panzerkampfwagen na prawie pustym parkingu. Na początek czeka nas przejazd przez dobrze odżywiony Jesienik czyli HRUBY JESENIK. 

Ruszamy czerwonym szlakiem i powiem Wam tak, jest piękny! Leci on naprawdę fajną doliną i doprowadzi nas do Vrbna pod Praded, które to ciągle wymawiam źle... bo non-stop mówię Vrbno NAD POPRADEM... jakaś kotwica umysłowa z tym Popradem.  

Stamtąd łapiemy stokówki i zaczynamy się wspinać w kierunku Żarovego Vrchu nr 13 (no co, przecież napisali Żarovy Vrch 1101, no więc to 13 binarnie, prawda? Czy ja już czegoś nie rozumiem?). Zarovy Vrch nr 13 jest ostry i trochę nas podejście zmęczy, a przecież to dopiero początek.   

Dalej droga doprowadzi nas do Kralovej Studanki...a stad to się już zacznie na całego. Przejazd stokówką Żarowego to była rozgrzewka. Zaczynamy nasz pierwszy srogi podjazd tej wyprawy. PRADED (1491m) czyli ponad 600 metrów podjazdu. Powiem Wam tak... "WEJDZIE". Łatwo nie będzie, ale WEJDZIE.  "Z dzida PRADZIADA niesiemy płomień, choć wokół beton, szkło i stal..." 

Srogo!

Tam nie wolno rowerem - szkoda, bo cudny szlak na Velky May!

"Z dziada PRADZIADA, niesiemy płomień choć wokół beton, szkło i stal..." 

"Z dziada PRADZIADA jest w nas mowa, co brzmi jak burza, las i dzwon..." 

Widoczki ze szczytu

PRADED vyrchol !!!

A dookoła same pagóry!

ZJAZD !!!

Na to płaskie jedziemy!

TRACIMY WYSOKOŚĆ !!!

Nie hamujemy dla nikogo - co na drodze to pod koła :)

Tam będziemy zaraz się wspinać - ELECTRO !!!

Niżej i niżej

A Electro już czeka!

 

Piękna droga

Urwiska zawsze na propsie :)

Prawie na dole

 

W POSZUKIWANIU ELECTRO (nie mówcie, że nie znacie tego tytułu... TUTAJ)

Zjeżdżamy z Pradziada w kierunku tzw. Malego Ded'a, Piękny zjazd. Kilka kilometrów wiraży w dół... jak na jakiś zawodach DH "hamujesz, przegrywasz". Tracimy wysokość w obłędnym tempie. Spadamy na dół... właściwie tylko po to aby w pewnym momencie skręcić w lewo... i zacząć podjazd pod elektrownię Dlouhe Strany (1350m). To znowu ponad 500m podjazdu. Atakujemy drugi element Korony tych gór. Ichnia Góra Żar... tylko taka dwa razy wyższa. Już widać, że takie podjazdy to nie wchodzą w godzinę... Żulovy, Pradziad, teraz Electro i mam już sobotnie popołudnie. Ja pamiętam, że raz zrobiliśmy tą trasę ELECTRO PRADZIAD i pękło wtedy razem 2000 przewyższenia... a dzisiaj to tylko fragment naszej trasy. Wspinamy się zatem mozolnie, zakręt za zakrętem. Podjazd nie wchodzi już tak gładko jako PRADZIAD. Czuć, że nie robimy tego już na świeżo, ale nie narzekamy. Jest pięknie, a przed nami będzie jeszcze więcej takich podjazdów. Walczymy. Uda się nawet zdążyć tuż przed zamknięciem małej gastronomicznej "budki" na szczycie a tam PAREK W ROHLIKU. Nasz cały obiad dzisiaj. ELECTRO ODNALEZIONE. Robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej... teraz kierunek Medvedi Hora (1163m).   

Podjazd pod Electro

Tam byliśmy przed chwilą

Piękne miejsce

Nad wody spokojne... elektrowni :D

No zacnie :)

Panoramki

Kolejne pagóry, wiele z nich musimy przejechać

Morze gór - a ta droga z prawej, serpentyny - podjazd pod Cervonohorskie sedlo (480m pod górę)

Wygląda jakby Pradziad był niedaleko, ale to inne pasmo - głęboka dolina między nami

Chmurki robią robotę!

 

Do you feel like Single...or like DH? :D

Medvieda. Górę tą charakteryzują 3 rzeczy: po pierwsze wiatraki, po drugie wieża widokowa a po trzecie BIKE PARK z SingleTrack'ami. No i właśnie tym Bike Parkiem zjedziemy sobie na dół. Trasa FLOW to jest coś niesamowitego. Bandy, bandy, bandy... nieważne że na plecach masz plecak ponad 40l, a na kierownicy mapa. Bawimy się jak dzieci na tych bandach. Niektóre stoliki (table-top) oraz wspomniane bandy są większe od człowieka, ale na trasie FLOW wszystko jest do przejechania - nie trzeba nic skakać. Nie trzeba umieć latać. To tylko kwestia prędkości czy wyjdziecie w powietrze czy przejedziecie. Ja pamiętam BIKE PARK na Słowacji w Tatrach Niżnych kiedyś... miejscówka niedaleko CHOPOKA...  5 tras do wyboru. Nie pamiętam dwóch pierwszych nazw, ale trzecia to było ENDURO. Przecież na singlach pod SMRK'iem (Góry Izerskie) zjeżdżamy wszystko nawet te oznaczone jako najtrudniejsze, więc idziemy sobie pewni siebie na Enduro. Skończyło się na tym, że 3/4 trasy sprowadziliśmy w dół, bo takie kamerdolce, ściany i dropy tam były... tymczasem trasa czwarta miała nazwę "DH", a piąta "TECHNICAL DH". Nie chcę wiedzieć co się działo na tym technical...  Inna sprawa, że niektóre rzeczy trzeba przejechać "na gazie" bo inaczej się nie da, próba wolnego ich przejechania, to jest pewna gleba, a puszczenie hamulców sprawia, że rower przechodzi. Tutaj jednak pełna kulturka czyli pełen FLOW, coś niesamowitego, lecimy bandę za bandą i zjeżdżamy do Kouty nad Desnou. Coś pięknego!

 



I takich zakrętów jest tutaj z 1000 :D



Rock Garden na trasie FLOW jest nadal flow :)

 

 

Odnaleźć 3 kamienie na zachodzie :)

Z Koutów ruszamy przez tzw. Andelskie Żleby czyli trasą dawnej leśnej kolejki... ech znowu jest pod górkę i to mocno. No ale musi tak być, skoro zjechaliśmy "wszystko" i właśnie zaczynamy się wspinać na kolejny "pagór". Tym razem o wysokości tylko 907m, no ale Kouty są nisko... naprawdę nisko... to znowu będzie podjazd około 400m w górę... i to nie licząc fragmentu z kolejką. Mówię tylko o "ostatniej prostej" podejścia. Zaczyna się walka z czasem, bo mamy już wieczór! Chcemy zdążyć na szczyt czyli TRI KAMENY przed zachodem słońca. Pchamy, tym razem niebieskim szlakiem... i walka jest mocna. Zegar tyka nieubłaganie a słońce nie poczeka. Schodzi w dół do horyzontu. Walczymy! Trzeba zdążyć nim słońce schowa się za górami. Czasu mało, podejście srogie, zmęczenie duże ale nie zwalniamy... "Nothing's ever as we expect, they keep asking me where I go next, all we chase is a sunset...". Musimy zdążyć! No i to sie uda! Na 4-5 minut przed zachodem słońca wytelepiemy się na te wielkie kamerdolce, a okaże się że jest to piękny punkt widokowy i to na zachód! Udało się. "If there is a moment,when is perfect is as the sun goes down...".

Zakładamy lampki bo niedługo zgaśnie światło dnia. Przed nami noc... a mamy mamy dopiero 2 z 3 największych czyli Pradziada i Electro. Całą sobotę to zajęło... mamy jakieś 85 km na liczniku, przewyższeń ponad 2000m. "Ziemia nyska" w plecaku się z nas śmieje... nie dotrzemy tam, nie ma takiej opcji. Pytanie czy uda się w niedzielę "wejść" w Góry Złote. No nic, czas pokaże. Ruszamy z Trzech Kamieni w dół... 

Jazda po (dawnej) kolei :)


"Stacja" dawnej leśnej kolejki

A dziś schron turystyczny


Tak! To pewien AGD-Blender Vrch z Kotliny Kłodzkiej - Mr. Śnieżnix :D



Chłód nocy...

...jest już ciemno, a my szturmujemy kolejny garb. Tym razem TROJAK (1004m). Czyli znowu rypiemy się "z dołu" na 1000. Sporo da się podjechać, ale sporo też pchamy... w świetle czołówek droga ucieka ale jakoś tak bardzo powoli. Planujemy dotrzeć do wiaty na rozstaju szlaków na przełęczy pod Trojakiem. Krok za krokiem mozolnie zdobywamy wysokość. Jest ciężko, zmęczenie już srogie. Szacujemy że dotrzemy na przełęcz jakoś około 23:30. Planem jest przespać się tam trochę, pod wspomnianą wiatą i o wschodzie słońca ruszać dalej. Ziemia Nyska... dobry żart... jesteśmy gdzieś pośrodku Jesienników. To są ogromne góry. A jeszcze przecież będzie jeszcze SERAK i KERPNIK. 

Docieramy do wiaty... oj. Bardzo, bardzo słaba to wiata. Rozczarowanko... miał być leśny hotel pod gwiazdami, a tu ktoś nas zrobił na szaro z tą ofertą. Bardzo wąskie ławki, daszek jest powiedzmy sobie umowny... do tego wszystko chybotliwe. Naprawdę mamy wrażenie, że zaraz się przewróci bo przy każdym dotknięciu cała konstrukcja mocno odchyla się od pionu. No trudno... nie ma innej opcji, nic lepszego tej nocy nie znajdziemy, a bez sensu jechać na siłę i potem dostać w ryja "sleep-monsterem" za dnia. Lepiej teraz trochę się zdrzemnąć niż potem użerać z tą bestią. Zwłaszcza że z piątku na sobotę spaliśmy bardzo mało (od 23:00 do 2:00 w nocy). Mamy zatem lekko naderwaną noc i mega mocny dzień w nogach. Dekujemy się pod wiatą i próbujemy... jest jednak ciężko. Przede wszystkim, rozgrzani i spoceni po całym dniu marzniemy i to nawet jak włożymy na siebie 4 warstwy (w tym kurtkę przeciwdeszczową). Telepie nas z zimna, bo noc tutaj jest dość chłodna, mimo że jest lipiec. Kurde jak w czerwcu dowaliło te upały po 40 stopni, to w nocy było wtedy 24 stopnie... masakra. Czyli w nocy było cieplej niż u nas za dnia w sobotę. Dzisiejsza noc zjeżdża ze słupkiem rtęci do jednocyfrowych i to bynajmniej nie tych w okolicach dziesiątki. Telepie nas... budzi nas to i trzeba wtedy wstawać i skakać, pompować, ogólnie ruszać się, co Was także wybudza. Dotrzymamy w takim szarpany śnie do 3:00 w nocy... nie ma bata wytrzymać do rana. Nad ranem jest najchłodniej. Kilka minut po 3:00 nad ranem zbieramy się i ruszamy dalej. No trudno, nie pośpimy. Końcówkę nocy przejedziemy na czołówkach... tymczasem sprawdzamy także prognozy pogody. Miałby być dwa piękne dni, a tutaj wychodzi na to, że nam rano i przed południem w niedzielę doleje... coraz lepiej. Góry, moje ukochane góry...

QUE SERA(k), SERA(k)....  

Jak to co będzie? Wiem co będzie... głód. Po prostu głód. No ale o tym za chwilę. Na ten moment jeszcze "po nocy" łapiemy niebieski szlak nad Ostrużną i zaczynamy podejście na SERAK (1351m) a potem na KERPNIK (1423m). Znowu mamy ponad (600 Serak +130 Kerpnik) metrów przewyższenia. Wschodu słońca nie ma, mamy totalne zachmurzenie...ech, a sobota była taka cudna. Przynajmniej nie pada... ocho... zaczyna.... no dobra, może się już lepiej nie będę odzywał. Zamykam dziób i pcham pod górę. Uwielbiam zapach przewyższeń o poranku. Pchamy... pchamy... pchamy... z niebieskiego szlaku przechodzimy na czerwony i to jest masakra. ROCK GARDEN w pełnej krasie... miejscami trzeba nieść rower, mimo że na drzewach mamy oznaczenia cyklocesty :D 

Srogo... pchamy po kamerdolcach, a góra nie chce się skończyć. Im wyżej, tym bardziej wchodzimy w  chmurę i mocniej zacina deszcz. SERAK broni się przed zdobyciem, chce nas zniechęcić ale idziemy. Krok za krokiem... przekleństwo za przekleństwem, ale pchamy. Que-Serak Serak...  Nie zatrzymasz nas. Wleziemy. 

Jako, że pod schroniskiem pada już  naprawdę mocno, to zostawiamy rowery - ukryte w lesie i przypięte linką do drzewa. Na KERPNIKU jest rezerwat i tak nie wolno tam wejść z rowerami, więc wyciągamy nasze małe sportowe parasole (i śmiejcie się, że chodzimy po górach z parasolem - śmiejcie się ale są zajebiste i kompaktowe :P). Ruszamy z buta na KERPNIK. Mgła totalna, ale to też robi nastrój. W sumie to niesamowity klimat. Jest to na swój sposób pięknie. Szczyt Kerpnika tonie w chmurze (mgle). Jest też totalna cisza... nikogo, tylko my. My i deszcz... i mgła i chmury... 

Gdy wrócimy do schroniska pod Serakiem będzie około 8:00 rano. Otwarte. Można zamówić herbatę, ale dostać coś na ciepło do jedzenia, to nie ma szans kupić. Musimy bazować na zapasach z plecaków... mamy jedzenie, ale marzyło nam się coś na ciepło. Kuchnia jest od 11:00 więc takiego wała. Trudno. Przynajmniej wypijemy ciepłą herbatę. Zawsze coś. Chwilę posiedzimy i zaczynamy zejście z tej góry. Przynajmniej zaczyna się przejaśniać. Deszcze przestaje padać. Będzie jeszcze czasem rozkosznie "chlustał"co jakiś czas, ale będzie to na 2-3 minuty, no i sporadycznie więc nie jest źle.    

 

 

Nad ranem - zaczynamy podjazd na Seraka

610m... a Serak to ponad 1300... a Kerpnik ponad 1400. Srogo.



 
 

Agent SERAKA

Prawie jak Misja: Kryptonim Złotoróg!

Serak cyklo-cesta :)

Z buta, w deszczu na Kerpnik :)



Schronisko na Seraku

Ukryte w lesie na czas wyprawy na Kerpnika


Tak, to ta sama wieża co wyżej - po prostu kilka minut później :P


Zakazane obszary!

 

...a obiecywałaś mi ZŁOTE GÓRY

Zjazd  z SERAKA zdaje się nie kończyć. Ale to jest wielka góra! Lecimy w dół, wiraż za wirażem, a drogi jakby nie ubywało. Zjeżdżamy i zjeżdżamy. A to oznacza, że znowu zaraz będzie mocno pod górę. Za Serakiem drogę przesłoni nam końcówka GÓR ZŁOTYCH. Naszym celem jest dotrzeć do granicy PL - CZ i wzdłuż niej zdobyć PRZEPIĘKNY BROUSEK (1124m) oraz SMRK (1125m). Oba szczyty, obok Postawnej (1117m) podejrzewane są o bycie najwyższymi szczytami tych Gór Złotych. Tak wiem, że w Koronie jest KOWADŁO (9 ), ale kiedyś już rozmawialiśmy jak niespójna i niekonsekwentna w swoim własnym regulaminie jest Korona Gór Polskich. Do tego dokładność pomiarów (1124 czy 1126m) także budzi pewne wątpliwości.  

Zaczynamy kolejne srogie podejście... owszem część drogi da się przejechać, ale pchania też będzie sporo.Z każdym krokiem zbliżamy się jednak do Brouska. Dla mnie, jednej z najładniejszych gór na szlaku granicznym w "Złotych". Nie odpuścimy także SMRK'a, musi wpaść na listę. W teorii powinniśmy teraz ruszyć granicą i walić przez kolejne szczytu w kierunku ziemi nyskiej... ale ziemia nyska się z nas śmieje. Jest niedziela wczesne popołudnie, bo nie obyło się na zjeździe z Seraka na 30 min drzemce... jednak sleepmonster nie odpuszczał. Ja się wyłożyłem na jakiś zwalonym drzewie i to jak leniwiec... wiecie, tak że Wam kończyny zwisają swobodnie. Oczywiście zaczęło wtedy padać... ale nie ma opcji. Nie wstaję. Jak przemoknę, zrobi mi się zimno, to wstanę... nie wcześniej. Nie ma opcji, zbyt wytyrany jestem. Padaj, nie zmusisz mnie do wstania. Basia mówi: "Ty widzisz że pada?". Nie, nie widzę... mam zamknięte oczy. Śpię. Chce padać, to niech pada. Nie wstaję. Deszcz jednak odpuszcza po kilku minutach i te 30-40 min prze-drzemiemy na zwalonym drzewie. No a "Nyska z plecaka" śmieje się z nas coraz głośniej. 

A za nami masyw Seraka






"Well, show me the way to another LESNI bar..." (parafraza klasyki)

Brousek i Smrk zrobione. Teraz kilkukilometrowy zjazd i tak celujemy z wariantem aby odnaleźć LEŚNY BAR. Samoobsługowy bar, gdzie do skrzynki wrzucacie królewskie klejnoty (korony) i możecie się częstować wszystkim co tam znajdziecie. A jest czym się częstować - jest na bogato. Spójrzcie na FB Basi i zobaczcie konstrukcję chłodziarki do napojów z wykorzystaniem górskiego strumienia. Jako, że nie jedliśmy nic ciepłego w zasadzie już dwa dni to skusimy się na kiełbasę. Mamy tu "czynne" ognisko, więc upieczemy sobie kiełbaski i jak nie przepadamy za takim jedzeniem podczas takiego wysiłku (długich wyryp czy rajdów), to jednak jak jesteście na głodzie, to kiełbaska wchodzi jak złoto. Zjeść coś ciepłego to jest doładowanie baterii. Jest już koło 18:00 a przed nami jeszcze trochę pagórów do zrobienia... zjadamy kiełbaski do końca i zbieramy się aby jechać dalej. Musimy dostać się do tzw. (przez nas) przeciekającej góry. Jest tak przez nas określana bo ma chyba z 1000 źródeł. Każde "zrobione", opisane i nazwane: Polski Pramen, Magdeburski Pramen, ogólnie to pramen, pramen, pramen... pramen pramena pramenem pogania.



  


QUE SERAK, SERAK !!! 



Góra Tysiąca Źródeł... 

Jedziemy kapitalną widokowo stokówką pod lasem. Studnici Vrch (992m) czyli góra tysiąca źródeł. Kiedy byliśmy tam pierwszy raz, lata temu, to naprawdę zaskoczyła nas liczba - pięknie "zrobiony" źródełek. Ogólnie Jesennik słynie... hmmm... jakby to powiedzieć: "z wody". Tak chyba będzie najlepiej to wyrazić: "słynie z wody".I nie mówimy tutaj o jakiś uzdrowiskowych wodach typu woda od oblech z piwnicy (czyli Piwniczanka :P) albo czarny zdrój Murzynianki... czy jakoś tak, ale mówię o zwykłej wodzie. I to nawet nie ciężkiej, ale takiej zwykłej, tej która odpowiada za 100% utonięć. Basia wpada na pomysł aby jeszcze dodatkowo zaliczyć zachód słońca na Niedźwiedziej Skale... jesteśmy tak "po czasie", że w sumie możemy. Ziema Nyska jest bezpieczna, nie musi obawiać się naszego wtargnięcia. Zaczyna mnie trochę jednak martwić, że może nam braknąć weekendu aby wrócić do auta... a w poniedziałek powinniśmy być w robocie. Gdy docieramy na szczyt Studnic'niego jest już po zachodzie słońca, a przecież mamy jeszcze spory kawał do auta. I naprawdę srogą górę, która nam je "przesłania". 






















Zlaty Chlum (891m)

Ostatni złoty akcent naszej wyprawy i ostania góra na naszej drodze do auta. Jest już ciemno... czyli mamy mega deja vu. Dokładnie tak samo było na Złoto-zlatym Jaszczurze, kiedy nocą podpychaliśmy rowery czerwonym szlakiem na Złoty Chlum pod wieżę widokową. Przypomnijcie sobie załączoną relację: co na nas wtedy czekało na szczycie. 

Po Chlumie czeka nas jeszcze, ostatnie na tej wyprawie już podejście na Biele Skaly. Niby niewiele ale jest już prawie północ i to drugiej nocy w terenie. Mamy w nogach 180 km, a licznik przewyższeń przekroczył 5000m. Jest ciężko, ale pchamy... trochę nie ma wyboru w sumie, trzeba przecież jakoś wrócić do tego auta. 



Pramen Punktów Kontrolnych :)

Złotych Chlum !!!

Ostatnia prosta do auta

Do auta dotrzemy o 23:50... tuż przed północą z niedzieli na poniedziałek. Trochę później niż zakładaliśmy, a tu jeszcze 2,5h drogi do Krakowa. Odpalam i co... oczywiście, teraz, bo czemu nie.. spalona żarówka świateł mijania. A w naszej maszynie to nie jest takie proste z wymianą, powiem tak: dostęp przez nadkole. Środek nocy, dwie zarwane noce, marzycie aby się przewrócić i nie wstawać tu trochę nam zejdzie aby się z tym uporać. Jako, że nie obejdzie się także bez krótkiej drzemki w aucie i to już za Prudnikiem, bo mnie po prostu będzie odcinać "sleepy"... to do Krakowa wrócimy o 5:00 rano. Prysznic i w zasadzie od razu do pracy. Hardcore... trochę chyba przesadziliśmy, nawet jak na nas. Z drugiej strony to był w pełni wykorzystany weekend, wszystkie godziny :D No i przepiękna wyprawa. Cudowna wyrypa. 182 km, 5200 przewyższeń, ponad 40h w trasie przez magiczne góry. Zwłaszcza, że prawie wcale nie zjeżdżaliśmy do cywilizacji podczas naszego przejazdu... co owocowało także tym, że musieliśmy polegać na naszych wielkich plecakach pod kątem wody i prowiantu. I to przez dwa dni. Nic jednak nie zmienia faktu, że to jedna z naszych piękniejszych wyryp. Korona Jesieników i to ze "złotymi" dodatkami. Poniedziałek w pracy dość ciężki, ale jak mawiają "WARTO BYŁO" !!!  

Komentarze

  1. Miałby być dwa piękne dni według prognoz, a Wy przypadkiem macie parasole w plecaku :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty