Wrocław - Kraków

427 km i 66 godziny w trasie czyli nasza kolejna dzika wyrypa. Już na wstępie Wam powiem, że była to nierówna walka z bardzo mocnym przeciwnikiem, no ale nie ma się co dziwić: "...to już zamknięcie matni, Wrocław jak zawsze poddaje się ostatni". A przynajmniej tak śpiewał Kazik. No i tak też było, historycznie, w tym 45-tym, gdy kolejny już z rzędu komendant twierdzy Breslau, generał Niehoff wydał rozkaz... no dobra, dobra, nie o tym miało być. Zostawię tą opowieść dla zainteresowanych na jakiś mój wykład, a nie na relację z przejazdu. Wracam do tematu bo wygląda na to, ze odjechałem już na samym początku. Rzadko zaczynam od cytatu, zwykle narracja musi się trochę rozkręcić aby zaczęły wpadać jakieś chore utwory i linki, ale tym razem to aż się prosiło o ten fragment "Mars napada". Zwłaszcza, że Wrocław był na naszej liście już od kilku lat. Jest to bowiem kolejny fragment projektu "Polskie miasta - powroty" czyli w dużym skrócie: wpakuj rower do pociągu, wysiądź gdzieś - najlepiej gdzieś w cholerę daleko od domu, a następnie wracaj pomału na tymże rowerze do Krakowa. Wracaj dzień, noc, dzień, noc, a czasem jeszcze trochę dłużej. No i styraj się przy tym niemiłosiernie... to znaczy inaczej -- wyjdź ze swojej strefy komfortu, jak to mawiają dzisiaj kołczowie lajf-stajlu.  

Zapraszam Was zatem na opowieść o bardzo długim piątku (w zasadzie to nawet o czwartku) po którym nastał poniedziałek, a w który zrobiliśmy wspomniane 427 km. Wpadło także 2500m przewyższenia, ale to głównie przed samym Krakowem bo pod Wrocławiem to jest płasko! Były to także dwie pełne noce pod gołym niebem i prawie trzecia.... No i prawie spóźniliśmy się do roboty w poniedziałek, bo zeszło nam trochę dłużej niż myśleliśmy z tym powrotem. Tyle tytułem wstępu, lećmy w relacją.   

Nie, nie jechaliśmy przez Częstochowę (spójrz raz jeszcze)

KRASNOLUDKI "...a pod ciężarem jej zadka, została z nich marmoladka" 

"This is a crocko... dance!!" (nie klikajcie tego... jest srogo w bani)

Bez broni czuję się nagi czyli 

"-Hej, co masz dla mnie? 

- Seks i przemoc, mała, seks i przemoc" 

 Zapytajcie mnie w realu o tą historię. To też ryje banię :D

Nad Odrą - nadal we Wrocławiu
 

Tydzień po "CZARNEJ OWCY ORIENTEERINGU - Przez Czarne Wody" (zrobię relację z naszego rajdu, zrobię! Nie wiem ile mi to zajmie ale zrobię! Zobaczycie!)... tydzień po naszym rajdzie mamy w kalendarzu majówkę i wielkie plany. WROCŁAW - kolejny na naszej liście miast wytypowanych do rowerowych powrotów. Bilety na pociąg kupione, ale do samego końca wahamy się czy celować z tą wyprawą właśnie teraz. Noce mają być jeszcze bardzo zimne, co może nas mocno "dojechać" na trasie... ale nie ukrywam także, że mnie już niesamowicie ciągnie na tą wyrypę. Zwłaszcza że 25 lipca będzie nasza druga CZARNA OWCA w Beskidzie Niskim... a więc trzeba zacząć budować trasę! Poleci na to kilka weekendów, do tego planujemy w czerwcu dwutygodniowy urlop, jakiś ślub w rodzinie się na czerwiec także zapowiedział... więc niby czasu jest dużo, ale w praktyce nie będzie wielu wolnych slotów na takie wyprawy! Jeszcze trzeba przecież dobrze trafić z pogodą, a właśnie tegoroczna majówka ma mieć ponoć pogodę żyleta. Tylko te zimne noce... no ale cytując klasyka: "taki mamy klimat" bo przecież w maju potrafi dowalić nawet jakaś śnieżycą. Trzeba podjąć jakąś decyzję i w środę przed majówką (która wypada w tym roku piątek - niedziela) takową podejmiemy: JEDZIEMY! Niech się dzieje wola nieba! JEDZIEMY! Piątek, kilka minut po 4 rano mamy wyjazd z dworca Kraków Główny. I przez "mamy wyjazd z dworca" mam na myśli, że wsiadamy do pociągu, a nie że nas ochrona wyrzuciła z dworca...   

Podstawowa zasada takich wypraw brzmi: wyśpij się przed. Czeka nas bowiem zarwanie dwóch nocy z rzędu, więc warunkiem koniecznym jest się wyspać... no i nam się to spektakularnie nie uda. Ba, nie uda to to mało powiedziane. To będzie katastrofa. Totalna. Pamiętam jak mulił mnie SLEEPMONSTER na Rudawskiej Wyrypie 2017, gdy przez tym 24h rajdem spaliśmy tylko 4 godziny... w sumie to nie był jedyny raz jak mulił mnie sleepmonster. Tylko wtedy chyba to było pierwszy raz tak mocno-mocno i stąd to tak dobrze pamiętam.  

No a teraz? Udało się nam przespać 1,5h. Pasuje Wam: półtorej godziny! "To jest dramat, k***a, to jest dramat..." - cytując kolejnego klasyka. Niestety obowiązki rodzinno-pracowe, pakowanie się, sprawunki i załatwienia nie pozwolą nam zażyć odpowiedniej liczby godzin snu. Ogólnie cały kwiecień to jest dla nas jakiś hardcore: wyjazd na Liszkora i w Góry Stołowe (weekend z kilkoma godzinami snu - bo jak startujcie 8:00 rano na Dolnym Śląsku to dużo nie pośpicie w noc przed...); z Liszkora wracam właściwie wprost na samolot - w poniedziałek mam bowiem wylot do USA na tydzień (wnerwia mnie już ten brak postępów w negocjacjach, trzeba się zaangażować osobiście). Jet lag pozdrawia, a tymczasem wracam wprost do lasu bo cały weekend po moim powrocie rozstawiamy trasę rajdu CZARNEJ OWCY. Potem mam 2 dni w biurze, a nocami lecimy z ostatnimi przygotowaniami (tworzenie list startowych, dyplomy, drukowanie materiałów, robienie nagród, kart startowych...). Dwa kolejne dni to już finalne rozkładanie trasy i wchodzimy "na pełnej" w nasz rajd czyli weekend będzie w zasadzie bez snu... Wracamy do Krakowa i w poniedziałek jadę na dwudniowy wyjazd na szkolenie ze mojej firmy... jakoś tak mi się także przydarzy samotny spacer nocą na Potrójną (nikt nie będzie chciał iść, a przecież mieszkamy na Kocierzu! Siedzą, jedzą, a Potrójna czeka! Nie wierzyli mi, że mam czołówkę do pożyczenia nawet...). Powrót do Krakowa, 2 dni do roboty, jakieś tam odgrzebywanie się z zaległości i już mamy majówkę. Innymi słowy, kwiecień to jest po prostu jazda bez trzymanki. To chyba nie jest zdrowe... bo deficyt snu jest kosmiczny i bardzo odczuwalny, no ale cóż, znowu pojadę klasyką: "nie ma spokoju dla podłych, ani dla tych którzy śmią stawić im czoła". 

Koniec końców, nim się spakowaliśmy to było po 2:00 w nocy,  a 4:30 mieliśmy pociąg. W pociągu też nie pośpicie, bo jest pełen, po prostu pełen... Majówka, wszyscy gnają nad morze, więc w korytarzu ruch jak w ulu. Nawet miejsca stojące wypełnione są po brzegi. Innymi słowy zatem, w pewnym sensie nie skończył się nam czwartek. Czwartek... a przed nami MEGA sroga wyrypa. To na pewno nie jest zdrowe... ale cóż trudno. Zabija nas to co najbardziej kochamy. Jak mawiał Czarny Pająk: 

"...wszystko co potencjalnie łagodzi ból, uzależnia nas. Zastanów się Batmanie, co to znaczy dla Ciebie" 

Bólu fizycznego to raczej nie złagodzimy na takiej wyrypie, ale raczej sobie go trochę dodamy. Niemniej psychicznie to ja na takich wyprawach po prostu odżywam - nie liczy się nic oprócz drogi. Droga jest celem. Wszystko inne zostaje w tyle, a więc JEDŹMY !!! Nie spać, zwiedzać! Nie spać, napierać !!!     

Może jeszcze kilka słów o zaplanowanej trasie. Przy takich odległościach otwiera się naprawdę wiele wariantów przejazdu. My konsekwentnie trzymamy się założeń "jak najmniej asfaltu i głównych dróg" - szlaki, ścieżki, lasy, ogólnie teren, teren, teren lub VELO (o ile to VELO ma ono sens, bo niektóre to są "VELO Porażka"...). Ach, jakże ja uwielbiam tą pracę sztabową nad wariantami. Rozłożenie się z mapami na środku pokoju i planowanie przejazdów, zwłaszcza gdy mamy tak wiele opcji do wyboru. Tutaj na przykład zrodził się dylemat: Bory Niemodlińskie czy Bory Strobrawskie... a jak nas ten wybór ustawi względem dalszej trasy? Takich rozkmin będzie więcej, o wiele więcej... 

 

Finalnie plan jest taki:

1. Wrocław - trzeba złapać kilka krasnali. Może któryś ma garniec złota... a może jednak lepiej aby NIE. Ostatnio z takim krasnalem i złotem to były problemy ("polecam" 4-tą część tego cyklu, dzieje się w kosmosie... nie pytajcie).

2. Wzdłuż Odry (planowanym i budowanym VELO Odra) w kierunku Oławy.

3. Jelcz-Laskowice: tutaj wjeżdżamy w lasy, z których nie wyjedziemy w zasadzie do samego Krakowa. Cała nasza trasa to będzie jedna, wielka LEŚNA (lub czasami polna) RAJZA - coś pięknego.

4. Bory Strobrawskie - Pokój i Śpiący Lew, ruiny karczmy "WILCZA BUDA" - później lasami aż nad Jezioro Turawskie.

5. Dzida "w dół" przez Lasy Turawskie... przez całą długość Opola "zjeżdżamy w dół" aby złapać Górę Świętej Anny! Wypycha nas to już poza Bory Niemodliński i lasy okolic Krapkowic, ale życie to sztuka wyboru. Nie da się mieć wszystkiego. 

6. Wyjście na kierunek KĘDZIERZYN KOŹLE i kolejnej lasy lasy lasy... tym razem Lasy Rudzkie, lasy okolic Kuźni Raciborskiej. Nieprzebyte, ogromne połacie "zielonego".

7. Knurów (pod Gliwicami) i odwiedzenie TOPOLI TEKLI.

8.  Dalej na wschód przez Lasy Knurowa i Lasy Murckowskie pod Katowicami - w kierunku na Jaworzno (łapać chomiki!).

9.  Z Jaworzna przez Kozi Bród w kierunku na Witeradów i Niesułkowice, a następnie "droga wierchowa" Dolinek Podkrakowskich przy Kalwarii Czubrowickiej i Racławicach. 

10.  Przecięcie szosy Olkuskiej i "spadnięcie w dół" do Doliny Sąspowskiej.

11. Ojców, Dolina Prądnika czyli szlak Orlich Gniazd, a na jego końcu czeka już nasz dom.

Część osób, lepiej obytych z mapą Polski (i lasów) może się zastanawiać czemu przez Kędzierzyn, a nie przez lasy Miasteczka Śląskiego. Odpowiedź jest prosta: przez lasy przy Miasteczku wracaliśmy jadąc rok temu z Łodzi. Podobna wątpliwość może nasunąć się w kontekście Garbu Zabierzowskiego i końcówki rowerowego Szlaku Orlich Gniazd - tu moja odpowiedź będzie podobna. Ten fragment stał się częścią przejazdu Kraków - Oświęcim - Kraków. 

 Moja odpowiedź na tak zadane pytania pokazuje w sumie dwie rzeczy:

Po pierwsze: wybieramy sobie bardzo różne warianty powrotu, aby urozmaicić końcówki przejazdów (przy Krakowie)

Po drugie i chyba nawet ważniejsze: patrzcie ile mamy możliwości wyboru w okolicach Krakowa. Coś pięknego!

To już naprawdę tyle tytułem drugiego wstępu - jedźmy z relacją.  

Wałami Odry

No zacnie - tak jak kiedyś u nas nad Rudawą (dziś tam jest wypass Velo)

A teraz - w prawo w tą ścieżkę (serio!) 

Szkodnik na ogonie!
 

UTRATA SKARBU UKRYTEGO POD WIEŻĄ !!!

Tak jak Wam wspomniałem, do Wrocławia przybywamy dość mocno niewyspani i będzie mieć to swoje konsekwencje podczas naszego przejazdu. No ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Nie ma odwrotu, kości zostały rzucone - przekroczyliśmy Rubikon - jesteśmy we Wrocławiu i pora ruszać w drogę. Odpalamy nasze maszyny i ruszamy przez miasto złapać kilka krasnali, jakże charakterystycznych dla tej metropolii. Łowy będą całkiem udane, bo złapiemy nawet zamurowanego w ścianie krokodyla! Nie wiem co kto chciał przez to wyrazić, ale podoba mi się ten poziom psychodelii. Doceniam! Trzeba jednak pomału opuszczać miasto i kierować się na wschód. Bulwary odrzańskie wyprowadzają nas za granicę "miasta, które poddaje się ostatnie" i ku naszemu miłemu zdziwieniu oferują kapitalny przejazd szutrowymi i polnymi drogami. Koła nie dotykają asfaltu - kapitalnie! Dzień także w pełni się rozkręca i zaskoczy nas temperaturami nawet do 27-28 stopni, jak w lecie. 

W naszym wariancie zamierzamy odwiedzić także miejsce o przedziwnej nazwie: przyczółek UTRATA. Zastanawiam się czego to będzie utrata... nadziei? Życia? Nooo, może być grubo. Finalnie okaże się, że była to utrata mostu, bo jest w remoncie i jest zamknięty. Trzeba było przeprawić się na dziko. A warto, bo w przyczółku jest zbudowana wieża widokowa! Znacie nas nie od dziś - wież my nie odpuszczamy. Jak coś wyszło z ziemi na parę metrów, to musi paść naszym łupem. Prosta logika. W drodze do tego przyczółka natkniemy się na niesamowitą informacje o SKARBIE KOTOWICKIM i powiem Wam, że będziemy zbierać kopary z ziemi. Nigdy wcześniej o tym nie słyszeliśmy, a tu taka niespodzianka. Niesamowita historia. Takie punkty kontrolne są najlepsze - te znalezione przypadkiem. 

A jako dodatek do skarbu dostajemy jeszcze wieżę widokową! Tak jak wspomniałem, prowadzi do niej most w remoncie i w teorii nie da się tutaj przejść. W teorii. W praktyce oznacza to trochę walki, bo wystające metalowe elementy mocno utrudniają przedostanie się z rowerem. Niemniej, nie takie rzeczy robiliśmy, "z biegu" z rowerem na plerach. Wieża to wieża, nie odpuścimy - musi paść naszym łupem. 

Chwilę po zaliczeniu wieży ruszamy przez lasy w kierunku na Jelcz-Laskowice.  

 

W poszukiwaniu skarbu kotowickiego...

Może go gdzieś tutaj zatopili?

W sumie takie ścieżki to skarb! 
 
"Piosenka pożegnania, piosenką jest UTRATY, żegnałem ludzi i zdania, traciłem całe światy..." (całość to oczywiście Mistrz Jacek - TUTAJ)

SKARB !!!

Przeszkoda !!!

Wygląda w miarę prosto...

Ale nie jest...

Bo mamy poprzeczne przeszkody

Dołem nie pójdzie, górą trochę ciężko - kombinujemy 

Długi cień wieży!

Jest - kolejna do naszej kolekcji !!!


Z góry świat zawsze wygląda ładniej :)

Widły rzek :)  

W kierunku na Jelcz

Hydro obiekty na drodze

Nie przełazić! 

Wpuszczeni w kanał

Strażnik rzeki :)

Szumi :)

Jeszcze kawałek :)

TROPICIEL Z JELCZA (LASKOWICE)

Jelcz-Laskowice, czyli tereny znane nam z kilku Tropicieli (przykładowo TEN). Innymi słowy byliśmy tu już kilka razy, ale jeśli kojarzycie co charakteryzuje te rajdy, to zrozumienie że ciężko nam powiedzieć, że widzieliśmy te lasy. Tropiciele to rajdy nocne (start o północy, meta nad ranem). Owszem nad ranem bywa już dość jasno, ale tak aby tu być tak całkowicie za dnia, tak po normalnemu, to chyba jesteśmy pierwszy raz. Jelcz otworzy przed nami połacie lasów, zwanych Borami Strobrawskimi i które zaprowadzą nas daleko za Opole. To niesamowite, bo w zasadzie od teraz aż do Krakowa nie wyjedziemy z lasu, z mała przerwą na Górę Świętej Anny... do której trzeba dostać się przez pola :)    

Lasy te skrywają także niejedną tajemnicę z okresu II wojny światowej, a możliwość zrobienia sobie zdjęcia przy "niewybuchu" wbitym w ziemię... no to jest naprawdę zacna opcja. Zaczyna się dla nas prawdziwa LEŚNA RAJZA. Kilometry, naprawdę kilometry lasów. I prawie nikogo przez cały dzień. To majówki i przy jeziorach w Jelczu było trochę ludzi, to jednak jak wjedziecie głębiej w bory i knieje to nikogo! A ile tu nieznakowanych szlakami dróg - coś pięknego. Na traktach Borów Strobrawskich to zapomnijcie o turystach. Tylko my i las. Las, las, las... po horyzont, niekończący się las. To lubię.    

"No army may enter that land, that is protected by polish hand..." (całość TUTAJ)

Szkodnik zarzuca tyłem jak Jelcz!

Nieprzebyte knieje
I leśne jeziora

Piękna droga, acz błędna - nie ta ścieżka, konieczna korekta bo nas znosi na południe :)

Już na właściwym trakcie - Live your life by the compass, not by the clock :D

Szkodnik dąży do Pokoju (piękna miejscowość w Borach Strobrawskich)

Lasy poligonu lotniczego

Lasy pełne tajemnic !!

"Just gimme me that BOOM BOOM BOOM..." (całość TUTAJ)

"Grab your map and take a glance, 

reading it is like a dance: 

how many steps do you need to take, 

should you turn around or just go straight... 

Map it out like a boss - if you use these tools, you won't get lost! 

A map scale tells the distance you've got, one inch here may MEAN A LOT !!!" (całość TUTAJ)


Głębiej i głębiej w Bory!!
 
RANDOM ENCOUNTER !!

Więcej RANDOM ENCOUNTER !!!

BORY BORY BORY :)

Nawet jakieś znakowane drogi zaczynają się pojawiać :)


 "- Mistrzu Yoda, czy jesteś ranny?

- Tylko moja duma, tylko moja duma..." 

No i się przytrafiło... gleba i to sroga. Na prostej drodze... tego się nie spodziewałem. Czasem zjeżdżamy jakieś chore kamerdolce, chaszcze i sekcje korzenne i nic. Rower przechodzi, amor wybiera, koła jedzą skały na śniadanie, a dziś, na prostym szuterku. W sumie nie do końca wiem co się stało, ale wyjebałem spektakularnie. Tzn. wiem co się stało... nazywamy to głupotą. Jak trzymacie kierownicę jedną ręką i to w niepełnym chwycie, czyli tak naprawdę tylko dwa palce bez użycia kciuka, drugą ręką poprawiacie plecak, patrzycie akurat w mapę i jeszcze chcecie zrobić zdjęcie, a koło nagle wpada w dziurę... no właśnie, nawet nie zdążyłem zareagować. Jeb i ziemia. Grzmotnęło mną o skwerek jak Królewną Śnieżką. Kurde, amatorszczyzna... wstaję i stwierdzam, że walnąłem betami o grunt trochę mocniej niż mogło się wydawać. Stłuczony poślad... piecze bardziej niż po jakieś dobrej sesji BDSM, na której zapomnieliście "hasła bezpieczeństwa" bo miało 50 liter i było nazwą jakiegoś popieprzonego islandzkiego wulkanu....nieeee, nie mówię tego na podstawie traum...eeee... doświadczenia. Samo mi się to jakoś tak nasunęło, normalny przykład, nie doszukajcie się drugiego dna :P 

Poślad to jedno, ale wyrwałem sobie także kawałek mięsa z palca lewej ręki. Też jestem zdziwiony. To spore obrażenia jak na glebę na prostej, ale kamyczki na drodze zrobiły swoje. O jeden z kamyków jest wbity w mięsko... fanta-k***a-stycznie. No nic, cóż robić, dobrze że się skończyło tylko na tym. Poślad pali żywym ogniem, ale wiecie jak jest... trzeba to będzie jakoś rozchodzić. Ogarniam się pomału i  stwierdzam, że mam solidnego kandydata na najgłupszą swoją glebę na rowerze. Na tym etapie nie wiem jeszcze, że to nie koniec przygód dzisiaj....tzn. dzisiaj już tak, bo będzie noc i kolejny dzień w trasie, ale nie koniec podczas tej wyrypy. Posługiwanie się pojęciami "jednego dnia" bywa mylące... zwłaszcza jak wasz dzień trwa od czwartku do poniedziałku.    

Jedziemy dalej - kierunek Pokój. Nie, nie duży. Taka miejscowość w środku Borów Strobrawskich, w której kwitną rododendrony, w której śpi pewien lew, a na wzgórzach napierają błyskawice. Cudowne miejsce - przypomnijcie sobie naszą poprzednią wyprawę w tamto miejsce: TUTAJ.   

A TUTAJ nasz wizyta, jeszcze przed odnowieniem tej miejscowości - super, że odbyła się jej renowacja, bo teraz jest tutaj po prostu pięknie. 

Prosta droga :P

Nadal w lesie

Wciąż i wciąż w lesie :)

Zbliżamy się do Pokoju

To co zmieniamy środek transportu?

Charon chyba strajkuje bo porzucił sprzęt i poszedł w pizdu :)

Niesamowite miejsce z historią... grób 3 sióstr. 

Zacna miejscówka :)

"Lion sleeps tonight" :)

Widzieliście kiedy ogrody w Pokoju - ech szkoda, że Rododendrony jeszcze nie kwitną

Zachód słońca przy Altanie na Wzgórzu Błyskawic - jest pięknie

"Nothing's ever like we expect. They keep asking me where I go next. All we chase is a sunset... when there is a moment when it's perfect... as the sun goes down." (kocham ten tekst - TUTAJ



"Chill in the air cold as steel tonight. We shift call of the wild... 

...roaming the land while you sleep" (to oczywiście Metallica i wilczy ich klasyk) 

Z Pokoju, dużego Pokoju wyjeżdżamy już o zachodzie słońca. Kierunek WILCZA BUDA czyli domniemane ruiny dawnej karczmy. Miejsce dziś już odnowione, ale jak zobaczycie podlinkowany wpis z naszego starego bloga (ten z naszej pierwszej wizyty), to zobaczycie jak to miejsce wyglądało kiedyś. Trochę szkoda, że to odbudowali bo klimat tej ruiny był niesamowity. To miejsce jest naprawdę głęboko w lesie, bardzo głęboko. To idealna lokacja aby się trochę przespać na dziko, ale jest jeszcze za wcześniej trochę. Trochę snu chcemy złapać koło 2 w nocy, a teraz dopiero zapada zmrok. Trochę szkoda, bo w Wilczej Budzie mogły by nam się przyśnić psychodeliczne sny:

od "Pachniesz tak dobrze..." (po całym dniu na rowerze? śmiem wątpić...)

przez muzyką dzieci nocy (TUTAJ)

po chyba najbardziej psychodeliczną bajkę o wilkach (do dziś ciary z dzieciństwa) - ZNACIE?

A skoro to ponoć dawna karczma to może byłoby to coś zupełnie innego: "Nie szukaj drogi, znajdziesz ją w sercu, smutna jest knajpa byłych morderców... band, armii, gangów i czarnych sotni, wczoraj rycerze, dziś bezrobotni... wracajcie słodkie chwały godziny, sławne gonitwy i strzelaniny...żądze nas gnębią i sny o walce" (całość TUTAJ)  

Auuuuuu !!! Wczesuje mi się klimat "Towarzystwa Wilków" (nie mylić z "Braterstwem Wilków - też niezłym klimatycznie filmem)

"- Go back to hell whence ye came?

- I don't came from hell. I come from the forest.

- What have you done with my grand-daughter? 

- Nothing she didn't want..." 


Znowu nocą w lesie... okolice Wilczej Budy. Jest mega klimat!

Magicznie. Po prostu magicznie

"My heart is like an open high-way... I just wanna live when I am alive" (klasyk TUTAJ)

"...roaming the land while you sleep" Dosłownie, dosłownie !

 

 CHŁÓD NOCY...

Lasy, lasy, lasy. Jest przed 3-ciej w nocy i zaczyna nas już dopadać sleepmonster. Na liczniku około 160 km i zbliżamy się pomału do Jeziora Turawskiego. Trzeba złapać chwilę snu, aby Sleepy się odwalił... oszukać organizm, że niby się spało. Sleepy jak się przyczepi to robi się naprawdę ciężko... uwierzcie jesteście w stanie zasnąć na rowerze kręcąc. Gdyby to była pierwsza noc to byłoby spoko... ale jest to NIBY pierwsza noc... tak jak Wam pisałem: nie skończył się nam czwartek więc w praktyce to już druga zarwana noc. Musimy się trochę zdrzemnąć bo jest źle. Na tyle źle, że na 15 minut padamy na jakimś skrzyżowaniu, tak jak jechaliśmy. Kładziemy się na ziemi, pod drzewem, na piaseczku między sosnami... i 15 minut nie nasze. Zgon. Na tyle jednak nas to restartuje, że pozwala nam to odzyskać kontakt z rzeczywistością.  Szukamy teraz jakiś wiaty, aby tak aby wyrwać ze 3-4 godziny snu z tej jakże pięknej nocy. Znajdujemy niebieski szlak i udaje nam się nim dojechać w zasadzie nad samo jezioro. Tam "rozbijamy" się pod wiatą. Czyli rozbijamy obozowisko... jakiś lokalnych ludów tubylczych. Wkładamy na siebie kilka warstw, podłączamy sprzęty do powerbank'ów i odpływamy... bynajmniej nie po tafli jeziora. Ale w ramiona Morfinisty czy jak ten bóg śpiących się tam nazywał.  

Acz nie pośpimy mocno, bo jednak noce są zimne i wilgotne. 2 stopnie... budzą nas dreszcze. Jest zimno, trzeba zacząć się ruszać bo nas telepie. No i taka to będzie szarpana noc, 20-30 min snu, telepanie z zimna i hipotermia, gimnastyka aby się zagrzać i znowu 20-30 min snu... i znowu telepanie. Ciężka to będzie batalia... zimna noc i to pomimo kilku warstw na grzbiecie. Nie sposób usnąć na dłużej i głębiej. Na tyle będzie to niemożliwe, że już przed świtem ruszymy w drogę... nie da rady doczekać w tym pół-śnie do rana. Nie ma szans, zwłaszcza że nad ranem zrobi się najzimniej. Ale tak jak powiadają: "co Cię nie zabije, to Cię okaleczy". Zimno nie pozwoliło nam się przespać... ale dzięki temu możemy podziwiać zarówno zachód księżyca jak i wschód słońca. Przepięknie. Oba zjawiska pięknie odbijają się w tafli jeziora. Coś wspaniałego.

No dobra musi polecieć klasyka klasyk, którą wrzucam zawsze --->

"I told her that the Moon was a magical thing. It shines gold in winter and silver in spring..." 

(Mistrz Nick zawsze w formie - TUTAJ)


Tymczasem na wschodzie...

Rodzi się nowy dzień

Spektakle światła...

"Something's got hold of my heart, keeping my soul and senses apart... making me smile and making me frown"

"Something's gotten hold of my hand, dragging my soul to this beautiful land, something has invaded my night painting my sleep with colors so bright." (całość TUTAJ)

To kocham w tych wyprawach... mimo zmęczenia, obtarć, wytyrania, to jednak to być w takim miejscu w takiej chwili. Warto.

Prawie wszystkie w komplecie. Brakuje tylko czarnego szlaku

Jest i nasza zguba !!! Rodzina w komplecie. 

Przemykają przez drogę leśne bestyje :)

 

GÓRA ŚWIĘTEJ ANNY to niezłe WYZWANIE 

Budzi się nowy dzień. Mamy 2-giego maja w kalendarzu, a my ruszamy w dalszą drogę. Tym razem kierujemy się się na południe - cel: Góra Świętej Anny, a wcześniej tzw. Zakrzowska Szpica oraz IKAR. To tereny, które odwiedziliśmy tylko raz - przy okazji RAJDU WYZWANIE. Podczas pierwszej edycji, na której zrobiliśmy 190 km i z ktorej doskonale pamiętam jak czołgałem się nocą jakaś mokrą "rurą" po lampin. Odsyłam Was do naszej relacji z tego rajdu... ech to już 6 lat. SZEŚĆ LAT, pasuje Wam? Polecam Wam przeczytać zwłaszcza czym jest IKAR - kolejna niesamowita historia! Chcemy zatem odwiedzić go podczas naszej wyprawy. A co do czasu i przemijania to co mogę powiedzieć... może znowu zacytuje klasyka: "o k**ra mać, jak zapierdala czas, już wnuczki..."

Super jest tutaj wrócić... w sumie, mogę to chyba tak napisać, po tylu latach. Dobrze znowu odwiedzić to miejsce, a jak stoimy przed wapiennikiem Ikar, to wczesuje mi się Asnyk. Ikar jakoś tak kojarzy mi się z aniołem, pewnie przez te skrzydła - ludzie ze skrzydłami to albo anioły albo WIEM, BAMISJANIE (ja k**eee**nerwicy dostawałem na te ciągłe krzyki: Kazuya, Erica, Kazuja, Erica... można było dostać pierdolca z tym wyciem... i czemu skrzydlate nie wysłały kilka robotów na raz, tylko w każdym odcinku po jednym. Budowali i wysyłka. Znowu budowa i wysyłka. Jak jakieś release'y softu do Klienta... zawsze planowo, nie poczeka na nowy feature...  Załamywałem ręce nad poziomem zarządzania ta inwazją... a po ludzkiej stronie nie było lepiej. Jeden, jedyny pilot, który znał kod aktywujący robota. Przecież jak zginie to kaplica... SINGLE POINT OF FAILURE tak bardzo, że aż boli... Co tam zginie, a jak focha strzeli? Znowu będą wtedy tworzyć grupę cyber-specjalistów, aby złamały zabezpieczenia... zamiast bić go młotkiem po kolanie aż poda ten cholerny kod...  Dobra - dość - zostańmy przy aniołach. Ikar spadł, ale chyba raczej by prędzej zamarzł na tej wysokości... niż by Mu się ten wosk rozpuścił. Fizyka vs mity, jeden-zero, no ale jak się było dzieciakiem to się słuchało bezkrytycznie tych opowieści ze zapartym stolcem :D 

Tak czy siak, jedziemy przez pola rzepaku, jedziemy przez las, a ja wyję sobie Asnyka... w sumie to chyba wiersz o nas. To skojarzenie z aniołem się do mnie przyczepiło. Jedziemy razem z Basią ogromną trasę... jest ciężko, ale i pięknie. Wspieramy się nawzajem i z każdym obrotem korby jesteśmy coraz bliżej domu.     

DWA ANIOŁY SPOTKAŁY SIĘ W LOCIE

 "Więc zbliżyłem dwie niedole z sobą

i miłości owiałem je tchem

a z dwóch smutków nad dawną żałobą 

szczęście rajskim wykwitnęło snem...

Tam widziałem w ciemnej nieszczęść nocy

Dwóch serc czystych krwawy z losem bój 

Dwojga istot gorzki ból sierocy,

ich samotny, ciężki życia znój..."" 

Asnyk... coś pięknego. Inna sprawa, że w dobie AI nareszcie setki wierszy, o których kiedyś myślałem "ale byłoby super usłyszeć to kiedyś w poezji śpiewanej"... no właśnie, rozumiecie, prawda? 

Poranek w lesie!

Zgadzam się!

Las był wczoraj, las jest dziś... las, las, las

Trzeba by jednak zjeść śniadanie - to z plecaka bo nie ma innej opcji

Siadamy nad wodą i jemy - śniadanie na trawie :)

Szkodnik trochę przysypia po nieprzespanej nocy... trochę Go odcina, ale mni też :)

No ale zrobiło się cieplej, bo ranek był mega zimny - wracamy trochę do żywych i dawaj dalej przez las.

Wszyscy kochamy huśtawki :)

Kolejny dzień w takim klimacie

Nieprzebyte połacie zielonego

Gdzie by tu dalej...?

W poszukiwaniu Zakrzowskiej Szpicy!

Jest i szczyt

Szkodnik nadciąga przez pola
Góra Świętej Anny - nasz kolejny punkt kontrolny na trasie!
Coraz bliżej, ale najpierw... 

IKARUS !!!

Przebijamy się na dziko, przez stary kamieniołom do szlaku

Trochę nad przepaściami...

Czasem przez przepaście...

No ale jesteśmy - jesteśmy na szlaku!

Leśna autostrada !!

Przejazd nad autostradą A4- część z Was zna to miejsce tylko z MOP'a i stacji Orlen :D

"Seven tears are flowing to the river, seven tears are running to the sea..." 

Punkty kontrolne, zawsze - zawsze na naszej trasie :D

TO KĘDZIERZYN, KOŹLE, KĘDZIERZYN.  

Z Góry Świętej Anny kierujemy się na Lasy Rudzkie czyli lasy przy Kędzierzynie Koźlu oraz Kuźni Raciborskiej. Kolejne ogromne połacie nieprzebytych lasów. Ile razy tutaj goniliśmy za lampionami na jakiś Silesia Race, KoRNO lub innych podobnych imprezach. Lasy, lasy, lasy... jak my kochamy lasy. Może zatem zamiast opisywać Wam kolejne knieje i bory, niech wybrzmi pewne pogańskie uwielbienie dla lasu:

"...lecz ja nie słuchałam, ciągnęło mnie w knieje

gdzie paproć się wije i pachnie wilgocią,

czułam że puszcza się do mnie śmieje

i wabi mnie jakąś nieznaną pieszczotą...

...coś mnie wołało, coś z głębi korzeni

coś starszego niż mowa, niż ogień i stal,

i cała ma wola utonęła w cieniach.

i zniknął mój lęk i zniknął mój żal... 

Bo gdy las szepcze twoje imię

już nie zawrócisz z raz obranej ścieżki

zostawiasz wszystko co ludzkie i ginie

i składasz u stóp drzew ostatnie swe łezki 

 korzenie jak ręce oplatają duszę

a mech jest pościelą na wieczny już sen. (sleepmonster rzuca na glebę w różnych miejscach)

nie walczysz, nie krzyczysz, bo wcale nie musisz

gdy stajesz się częścią prastarych tych pni" (drzew, powinno być drzew aby był jako taki rym!) 

(Jak chcecie to całość jest TUTAJ)

Zrobił się leśny klimat, prawda? Zwłaszcza, że przejazd od Jeziora Turawskiego, przez Górę Świętej Anny i Lasy Rudzkie pod Gliwice, to zajmie nam cały dzień. Cały, calutki dzień bo to dużo kilometrów będzie. Znowu zatem nadchodzi noc, już druga w naszej drodze. Zmierzch i zachód słońca... a jak chcecie poczuć ten klimat zapadającego mroku w lesie, to wjeżdża kolejna psychodela dla Was: 

"Mówiła mi Babcia jak byłem dzieciakiem,

bym po górach chodził wyznaczonym szlakiem,

bym nigdy nie błądził i nie zbaczał z trasy, 

bo różne dziwactwa tu skrywają tu lasy

a ja tak ciekawy świata, chłopak młody

jak Indiana Jones byłem głodny przygody

i postanowiłem sprawdzić co się dzieje,  

jakie tajemnice skrywają te knieje... "

(całość TUTAJ - ale jak zawsze klikacie to na własną odpowiedzialność i nie pytajcie jak ja trafiam w takie zakątki internetu...). Jeśli zastanawiacie się co tak przeskoczyłem z dnia w noc, to powiem Wam tak: by las. Tylko las w zasadzie. Przez cały dzień. Kilometry leśnych dróg. Tylko tyle i aż tyle. Da się przez Polskę jeździć prawie cały czas lasem (w niektórych miejscach) i to jest piękne. 

Zapada zatem zmrok...kolejna noc w lesie przed nami. A z ciemnością nadchodzi chłód... kolejna bardzo zimna noc. Poprzedniej nocy mieliśmy pełnię, więc i tej księżyc daje niesamowity spektakl na niebie. 

Po upalnym dniu otula nas chłód nocy. Póki się ruszamy nie jest źle, ale przecież sleepmonster czai się gdzieś za rogiem. Czuć na plecach jego oddech. Nim nastanie świt na pewno nas dopadnie. Czuję, że czai się on gdzieś w mroku, gdzieś pośród skąpanych w ciemności drzew... 

Tymczasem na horyzoncie wyłania się Miasto Zamknięte - KNURÓW.

Mija kolejny dzień w lesie

Cały, cały, po prostu cały dzień w lesie

Pędzimy na zachód słońca!

Coś tam nawet uda się złapać w kadrze

Zapada druga noc...

MIASTO ZAMKNIĘTE - KNURÓW 

Miasto, które było bazą tegorocznego, lutowego SILESIA RACE (ach, te hałdy, hałdoszki...). Dlaczego zamknięte? Hahaha, a próbowaliście się kiedyś z niego wydostać. To jest wyzwanie, realne wyzwanie. Ciągle trafiamy na jakąś "drogę prywatną" i znak: WARA!! albo na drogę, które kończy się w polach i nie przechodzi nawet w żadną ścieżkę. Pamiętam jak na Silesii, próbowaliśmy przedostać się na drugą stronę torów... masakra. Po chyba 6 różnych próbach, w różnych miejscach, musieliśmy wybrać najgorszą dystansową opcję czyli totalnie na około (dołożyło nam to prawie 4 km do trasy, a jak z buta robicie łącznie 50 km to taka akacja naprawdę boli...). Jak nas to wtedy sponiewierało i wybatożyło.. . bolało. Naprawdę bolało.  

No i tym razem próbujemy wydostać się z Knurowa, ale największy hit to są zamienione tabliczki kierunkowskazów szlaku rowerowego na skrzyżowaniu. Z mapy na kierownicy wynika nam, że powinniśmy skręcić w prawo a tabliczka nam mówi: "nie, nie w prawo - ZAWRÓĆ". Mówi że jedziemy w ODWROTNYM kierunku niż chcemy... sprawdzam dwa razy z mapą i nie ma bata. Jesteśmy dobrze. Nie dajmy jej wiary, mapa na kierownicy to nasze "single source of truth" i jakieś tam doświadczenie w nawigacji mówi nam, że tabliczka "pierd***li głupoty" :D 

No i tak jest, zignorowaliśmy ją, pojechaliśmy niezgodnie z jej wskazaniami i nagle jesteśmy tak jak chcieliśmy!  Wjeżdżamy znowu do lasu. Udało się wydostać z miasta. Ha! Prawie nas ta tabliczka oszukała, prawie nas Kunrów znowu uwięził, ale takiego wała ---> "Nice try, Lao Che"

Tymczasem naszym tropem podąża już znienawidzony sleep monster... czuć jego oddech na plecach. Jest pierwsza w nocy, drugiej nocy pod gołym niebem, a On wysuwa po mnie swoje szpony... 

Przez mrok :)

Klimatyczne :D

"- My head hurts...

- Good.

- Why is that good?

- Means you are still alive." 

(całość to niesamowita seria XOMBIE - warto zobaczyć jeśli nie znacie: klimat i teksty, klimat i teksty! To animacja z dawnych lat, którą nadal kocham: "- Then what's your purpose? - Ech, I will let you know... when I find out")

Znowu noc w lesie. Wydostaliśmy się z Knurowa, ale mylna tabliczka nie wybaczy nam, że nie daliśmy się jej oszukać. Miasto zamknięte Knurów planuje zemstę... wysyła Sleep Monstera, który podąża naszym śladem. My tymczasem kierujemy się w kierunku żółtego szlaku, który prowadzi przez bagna i rozlewiska... i właśnie tam, na mokradłach zaczai się na nas Sleepy. Jedziemy leśnym traktem, światła czołówek rozjaśniają dukt... ale nie widzimy wszystkich przeszkód. Sleepy zaczyna mocno na mnie naciskać, oczy mi się zamykają. Próbuję to zwalczyć, ale potwór nie odpuszcza... i wtedy na jednym zjeździe, chyba - chyba bo do dziś w sumie nie wiem co się stało - oczy mi się zamknęły na zbyt długo. Najeżdżam pod złym kątem na jakaś muldę i gleba. Sroga gleba... znowu prasnąłem betami o ziemię. O żesz... czasem przejeżdżamy góry, korzenie, kamerdolce i nic... a tutaj, jedna wyprawa... bardzo po płaskim i druga kraksa. Chyba naprawdę jestem wykończony. Najgorsze, że wpadłem klatą na kierownicę... urwałem licznik, nie, nie wypiął się - ściąłem i połamałem jego podstawkę... no i chyba złamałem żebra. Miałem już 3 razy złamane żebra w życiu (szermierka, szeroko rozumiane sztuki walki... sport to zdrowie), więc to nie jest chyba wrażenie... znam to uczucie. Ewentualnie mocno stłukłem okostną, to jest moja druga diagnoza. Kurde, zasnąłem "za kierownicą". Odcięło mnie na amen... Basia mówi, że pognałem z góry jakby nie było piekła, a ja pamiętam że jechaliśmy po płaskim i nie było żadnego zjazdu... chyba rzeczywiście usnąłem. Micro-sleep ale wystarczył aby mnie wyjebało przez kierownik... zacnie, ku*wa, zacnie.  

Środek lasu gdzieś za Knurowem, a ja zbieram się z ziemi. No cóż, "Wrocław jak zawsze poddaje się ostatni", nikt nie powiedział że będzie łatwo... pojadę dalej jeszcze bardziej obity. Trochę nie ma wyboru, musimy jechać mogę, bo co innego... położyć się i płakać? Niemniej pomimo kraksy Sleepmonster jest nadal koszmarny. Basię też muli... musimy, po prostu musimy chociaż ze 2-3 godziny się przespać. Znajdujemy jakąś "ławkę" w lesie... niedaleko tych bagien, które przemierzaliśmy na Silesii (wtedy tu wszystko było zamarznięte). "Nie chodź na bagna, gdy księżyc jest w nowiu... nie słuchaj pieśni, która płynie po zmroku, to zwodzą Cię dziwne, nieludzkie głosy". Dobrze, że księżyc jest prawie w pełni, więc spoko - nie trzeba się martwić takimi ostrzeżeniami. Czy to się nazywa dziecięcym obchodzeniem zakazów? 

Rozkładamy się na noc... wszystko trochę boli... ale to chyba dobrze, to znaczy, że nadal żyjemy. Próbujemy złapać trochę snu... ale będzie ciężko. Boli i zimno, bardzo zimno... znowu zacznie mnie telepać. 30 min i muszę się zacząć ruszać... bo mnie hipotermia łapie. Pamiętajcie, że jesteśmy rozgrzani po całym dniu - było 32 stopnie w pewnym momencie. To zupełnie inna noc niż jak wyjdziecie dobrze ubrani z domu... plus zmęczenie. Nie mogę jednak zapaść w głębszy sen. I tak przemęczę się ze 3h... w półśnie, a potem ruszając się na tyle, na ile pozwoli mi obicie... Bardzo trudna noc, naprawdę bardzo trudna... no ale nastawialiśmy się, że o tej porze roku noce będą jeszcze zimne... i nie, nie będziemy wozić namiotu. To styl alpejski czyli jedziemy na lekko... z 15kg plecakiem... ale nadal na lekko. Czego nie rozumiesz? Noc jest piękna. Nad nami księżyc i gwiazdy, ale ja czekam świtu i ciepłych promieni słońca... żeber może to nie poskłada, ale chociaż tyłek trochę ogrzeje.  

Jeszcze przed świtem ruszamy w drogę. Nie da się pospać tak jak kiedyś... kiedyś to były czasy, teraz to czasów nie ma. Wtedy to było prawie 6h snu na wieży widokowej na Brzance w naszej drodze powrotnej z Przemyśla. A dziś miota mną jak Szatan... telepie mnie z zimna. Nie wyleżymy... szpryca z kofeiny, dawka dla zdrowo pojebanych i ruszamy dalej.        

Nad ranem

TOPOLA TEKLA czyli Chatka Kubusia Puchatka 

A przynajmniej tak powiadają. Znowu suniemy nocą przez las. Niedługo będzie świtać, a my zmierzamy się do ważnego punktu kontrolnego naszej wyprawy - TOPOLI TEKLI. Niesamowite miejsce, które zawsze chciałem odwiedzić. Mnie bardziej niż Chatkę Kubusia Puchatka (tak ją tu nazywają) kojarzy się to z klimatem Shire z "Władcy Pierścieni". No ewidentnie "... chociaż wyjeżdżam, wyruszam w nieznane, to nie zapomnę o moim Shire. Tutaj się śmiałem, uczyłem się życia, wciąż miałem tyle dróg do odkrycia...". Na pewno jeszcze tu wrócimy bo tu trzeba być nocą! Chatka ma oświetlenie elektryczne! To musi być niesamowity klimat gdy nocą będą się świecić okiennice w drzewie. Dziś dotarliśmy tu jednak o wschodzie słońca, więc nie da się zrobić takiego klimatycznej zdjęcia. 

Powiem szczerze, że zastanawiałem się nawet przed wyprawą czy nie "nocować" tutaj, ale wiecie... po pierwsze rezerwat, pomnik przyrody więc słabo odwalać taki przypał, a druga sprawa jest jeszcze bardziej prozaiczna, dwie osoby w jednym drzewie to chyba trochę ciasno by było. Acz na pewno cieplej niż na zewnątrz. No nic, nie da się mieć wszystkiego. Niemniej na zdjęcia nocne na pewno kiedyś tu wrócimy - wiecie:

"Window burns to light their way back home, 

light that warms no matter where they've gone,

They're off to find the Hero of the Day, 

what if they should fall by someone's wicked way..." 

  (Całość to TUTAJ)

Ruszamy zatem dalej. Teraz przed nami kolejne lasy, tym razem te pod Katowicami. Te oswojone setkami wizyt - LASY MURCKOWSKIE. Mamy niedzielę 3 maja... niby już niedaleko, ale jednak na naszej drodze będą DOLINKI, więc zacznie się srogo z przewyższeniami. Drogi się nam nagle spionizują... już niedługo, acz nim to się stanie trzeba będzie jeszcze przebić się przez Jaworzno. 


Zamek Chudów nad ranem

Dzień dobry, Pani też źle spała?

Magiczne miejsce

Tekla, nareszcie! 
"Pamiętam chwile gdy grała muzyka, tańczyłem, nuciłem, melodię życia. Zapach żyta zapierał mi dech, a zapał nie znikał, gdy WITAŁ MNIE DZIEŃ..." - świt w Shire (całość TUTAJ

Lasy Murckowskie

Stawy w Lasach Murckowskich :)

Las, znowu las - co ja mam napisać :D

Oho zaczynają się podjazdy

Tu też jest pięknie

Pod górkę

W kierunku Jaworzna

 

WYDRA I CHOMIKI na trakcie... no i Żabka też :)

Leśne trakty kierują nas w okolice tzw. Trójkąta Trzech Cesarzy, miejsca który odwiedziliśmy jednej zimy. Tym razem jednak jedziemy po drugiej stronie rzeki niż wtedy i powiem Wam - dzicz! Mega terenowy, zarośnięty - acz nawet jakoś tam przebieżny, przy odrobienie walki, szlak. Skarpy, powalone drzewa (normalne drzewa też tam były :P), chaszcze... No singiel jak z piekieł orientu, ale przedzieramy się... maczeta i karczowanie, miotacz ognia i harvester Nie bawimy się w półśrodki - napieramy. Przedzieramy się w kierunku Jaworzna, a Jaworzno... nas odcina. Z lasu wpakowujemy się w jakaś mega wielką budowę drogi. Oj przedarcie się przez to na dziko będzie mega trudne... liczę tylko po cichu, że nas jakaś ochrona nie zatrzyma bo centralnie przez środek wykopów walimy z rowerami. Nie ma jednak innej opcji - my nie nadchodzimy z jakieś normalnej drogi, na której byłby wytyczony jakiś objazd - my napieramy od losowej ścieżki ze strony lasu i nie mamy jak tego wygodnie wyminąć. Rypiemy zatem na wprost, brute force'em.    

Mamy też już mocny deficyt zapasów w naszych plecaków, a miasto to okazja do "zatankowania". Jest znowu prawie 30 stopni na termometrach, więc srogi gorąc nas dopala i woda się przyda... az tu nagle ŻABKA. Jesteśmy uratowani! Wbijam do środka i wtedy, z nienacka.... 

"... odnalazłem Cię w Żabce, 

taką piękną jak towar na półce,

jak sto żabsów w mej app'ce, 

mój aniele w zielonej koszulce!

Skasowałaś mnie jak Tata Fiata,

poza Tobą nie widzę już świata 

i o Tobie tylko dziś marzę 

idziesz ku mnie w zielonym polarze...

I wołam do Ciebie z nad kas

chodź razem ze mną, UWOLNIJ SWÓJ CZAS !!!"  

(całość TUTAJ ale sami z tekstu chyba widzicie, że to nie będzie normalny link :P :P :P)

Basia mi mówi, że już majaczę i że musiałem obić sobie nie tylko żebra, ale i mózg. Mam zapłacić za towar i nie odwalać sceny z Willowa bo będzie wstyd. No i Pani tez może mieć nóż, a wtedy zrobi się problematycznie i znów skończy się jakaś zadymą czy burdą z lokalsami. Piąty raz w tym tygodniu a mamy dopiero poniedziałek :D :D :D  

Tak naprawdę jest niedziela, ale zamieszki nie są nam potrzebne. Mamy uzupełnić zapasy i jedziemy dalej. Nie szukamy ani romansów, ani kłopotów - jeszcze długa droga przed nami. Basia doskonale wie, że tu nie ma się co denerwować  - lata doświadczenia robią swoje...wie, że po prostu znowu odezwała się moja schizofrenia i zacząłem słuchać nie tych głosów co trzeba... to trzeba to przeczekać i podsunąć mi głosy właściwe:  "...kiedy trafi Ci się miła, robiący błędy gość, niech będzie w Tobie siła, zamienić w uśmiech złość" :P   

Ech, tyle było by z nowych romansów...  nawet nie mogłem sprawdzić jak Pani zareaguje na nową formę podrywu, której nauczył mnie kolega. Ponoć skuteczność 100% - pytanie "przepraszam, czy ta chusteczka pachnie chloroformem?" Jemu działa ponoć zawsze. 

No nic... u mnie skończyło się szybciej niż się zaczęło, smuteczek... smuteczek a przecież ja tylko "moim uczuciem się tu z Wami dzielę, mam serce otwarte jak Żabka w niedzielę" (a zauważyliście, że w kalendarzu mamy 3 maja czyli niedzielę :D :D :D - przypadek? nie sądzę!)  

Chwilę później przedzieramy się już przez Jaworzno - miasto chomików. Serio, poczytajcie sobie o tym w internetach, co tu na łąkach grasuje. Nawet wiszą ostrzeżenia aby pilnować psy, bo tutejsze chomiki mogą je srogo poharatać. W samym mieście mają tu także sporo figur tychże chomików. Fajnie tu jest, naprawdę ale mimo wszystko, Jaworzno to tylko krótki przystanek na naszej trasie - kierujemy teraz się na "polskie Malediwy" czyli Zbiornik Wydra a stamtąd już wprost na Kozi Bród.

 

Dzikim singlem na wysokości Trójkąta Trzech Cesarzy

Wąską ścieżką...

...pod torami...

przez bezdroża...

...i kręte ścieżki

W poszukiwaniu ELECTRO :D

Przez martwy las...

"Bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd..."

"Muddy coal mine gonna get my body, muddy coal mine is where I lay... 

...roof came down like a sound of thunder, 

every single lamp in mine went black ...  

I never came up from muddy coal mine... " 

 (całość TUTAJ)


"Jak to jest być skrybą? Dobrze?" :D :D :D

Schody terenowe... ciekawe :)

Na pewno długie, naprawdę długie i strome
Zbiornik Wydra

Polskie Malediwy

Majówka, więc jest trochę osób...

Nie ma tragedii acz my na takich wyprawach odwykamy od ludzi...bywa, że całe dnie nie spotykamy nikogo.



Przez Kozi Bród (nostalgia trip)

Mamy wczesne popołudnie, a my jesteśmy dopiero za Jaworznem. Niby już bliżej niż dalej do Krakowa, ale wygląda na to, że znowu wyprawa nam się wydłuży i znowu mamy niedoszacowanie o jakaś jedną trzecią - robimy to powtarzalnie. Niesamowicie powtarzalnie, zawsze o 1/3... to bywa naprawdę problematyczne jak szacujecie wycieczkę na 300 km lub na 3 dni...  Zastanawiam się czy jednak... i to tak realnie się zastanawiam czy nie spóźnimy się w poniedziałek do pracy, bo do Krakowa to nam jeszcze trochę zejdzie... Na razie jednak jedziemy przez szlaki nad Kozim Brodem. Miejsca, niedaleko Jaworzna i Bukowna, które uwielbiamy i wpisanie ich w nasz wariant przejazdu Wrocław - Kraków to był kapitalny pomysł. Mamy piękną pogodowo majówkę więc nad Zbiornikiem Wydra były tłumy - muszę przyznać, że to jak "zrobili" to miejsce, to jest to coś niesamowitego. Bardzo podobają mi się te tzw. "polskie Malediwy". Jakiś czas później łapiemy jeszcze jakaś frytę na szybko nad Zalewem Chechło, który nieśmiertelnie będzie mi się zawsze kojarzył z niesamowitymi zawodami, w których mieliśmy zaszczyt startować: Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych AREC 2019 (nasza relacja z nich jest TUTAJ - czasami nie mogę uwierzyć, że to było 7 lat temu! Ja mam wrażenie, że góra rok, może dwa temu... masakra.). 

Szlaki nad Kozim Brodem prowadzą "pod Bukowanem" na Kozłową Górę w okolicach źródeł nieodżałowanej Sztoły. To wspaniałe bukowe lasy, a ja kochałem tą rzekę. Rzekę, której już nie ma.  Te tereny to także ruiny opuszczonej bazy rakietowej z czasów słusznie minionych czy też opuszczone osady Polis i Podpolis (nieśmiertelnie te nazwy kojarzą mi się z fallout'owymi NECROPOLIS). To w tych bukowych lasach złapiemy kolejny, niesamowity zachód słońca. Zaraz się zacznie trzecia noc w terenie a my wracamy przez moje ukochane Dolinki. Jeszcze tylko szutrem przez las w kierunku na Witeradów (przez tzw. KRYMINAŁ- tak się nazywa jeden z kwartałów lasu tutaj, kosmos :D)  i obok pomnika pewnego kaprala (kiedyś zapomniana mogiła w lesie, dziś świetnie zrobiony pomnik - super). "Ciemności kryją ziemię" a my stajemy u stóp Doliny Racławki... 

Dolinki, moje ukochane Dolinki... it feels like home...

"Pnie się w górę ścieżką kamienistąWśród upiorów, widm, bezgłowych ciał,Ale nie przeraża go to wszystkoBo nie takie strachy z domu znał..." ewidentnie feels like home...    

(cytat oczywiście z Mistrza Jacka - TUTAJ)

Nad Kozim Brodem

Ołtarz do składania ofiar nad Kozim Brodem :D :D :D

"...był czas gdy cień mój cieszył się, jak Ona mnie, jej cień go mamił" (Mistrz Jacek - TUTAJ)

W kierunku Kozłowej Góry

Piękne te drogi tutaj

Kochamy te lasy - okolice Bukowna
 
Przelot !!!

No muszę, muszę: "Nothing's ever what we expect, they keep asking me where I go next...

"...all we chase is a sunset..."

...if there is a moment when it is perfect... as the sun goes down" (tysiąc razy linkowane)


"One day you will retun to your VALLEYS and your farms

and you will no longer bear to be brothers-in-arms..." (całość TUTAJ)

Wracam do moich Dolinek. Do moich ukochanych dolinek...wybiła ta chwila. Jurajskie wrota do Krakowa, ale jesteśmy nie tylko u kresu naszej wyprawy, ale także u kresu sił. Jesteśmy wykończeni... zaczyna się trzecia noc. Prawie 400 km w nogach i startują podjazdy po 10%, 15% a nawet 20%. Dolinki, po prostu dolinki. Mój umysł nie chce przyjąć, że my jedziemy z Wrocławia - cały czas mam wrażenie, jakbyś pojechali w Dolinki i trochę przesadzili z długością wycieczki. Wrocław to był ze 3 tygodnie temu - i za to też kocham te wyprawy. 3 dni, a ja mam wrażenie że byłem na tygodniowym urlopie. Nie zmienia to faktu, że jesteśmy wytyrani jak konie po westernie... 

Niby już niedaleko do domu (jakieś 40 km), ale nadal trzeba walczyć jeśli chcemy dojechać przed poniedziałkowym świtem. Z Racławic wspinamy się niebieskim szlakiem na ogromny i mój ukochany OPEN SPACE (pola, pola, pola). Biegnie tędy niebieski szlak rowerowy. Szlak, który ja nazywam "drogą wierchową" - TUTAJ można zobaczyć jak mój zespół ze starej pracy walczy z tą drogą, gdy zabrałem Ich w Dolinki. Pcham rower drogą o jakimś chorym nachyleniu, w świetle czołówki widzę kamienie osuwające się z pod nóg... żebra i poślad bolą dość mocno, ale przecież nie odpuścimy teraz... nie kiedy jesteśmy tak blisko, nie kiedy jesteśmy "o włos" od ukończenia kolejnej chorej wyprawy. Mam wrażenie, że każdy krok wymaga ode mnie tytanicznego wysiłku, ale przecież "pomimo to nie ma zwątpienia, dodawał sił wędrówki kres".    

"One day you will return to your valleys..." Feels like home

Odnowiony grób kaprala Winklera... (coś do poczytania). Ci ludzie mieli swoje życie, swoje historie, które brutalnie przerwała wojna... a być może:  

"Zakochałam się w chłopczyku co dwie srebrne belki ma,

w zwykłym, szarym żołnierzyku, tak jak ja...

zakochałam się w kapralu, zakochałam się aż strach 

i jak żołnierz w każdym calu, szarży tylko bije w dach..." 

(salutuje - jeśli ktoś nie rozumie bicia w dach - całość TUTAJ)

"Pan porucznik, Pan kapitan skrycie mi całusa śle

cóż mi z tego, wszystkich pytam, te trzy gwiazdki albo dwie

Chociaż mój najdroższy chłopak,  nie ma gwiazdek tych, o nie

lecz gdy wyzał mi że kocha, oczy miał jak gwiazdy dwie..."  


Riders of the night

Przez nocne wąwozy
 

A na drodze wierchowej wpadamy na... ludzi z bronią. Myśliwi. Są zaskoczeni naszym widokiem, my w sumie ich także... Nie było nigdzie oznaczenia, że jest polowanie. Różnie to bywa z dopilnowywaniem procedur, ale równie dobrze to mogą być kłusownicy. Pamiętam jak spotkaliśmy takowych w Puszczy Kozienickiej lata temu - oj nie było to miłe spotkanie. Tak bardzo wtedy przestraszyli się, że ich nakryliśmy, że będziemy robić problemy, że jeden z nich zaczął nam grozić bronią. I to tak konkretnie, mówiąc że prosimy się o kłopoty i że nas zastrzelą przez pomyłkę. I że to wcale nie żart, bo On się pomyli i sami sobie będziemy winni...  Hmmmm nie żebym miał czołówkę na kasku, latarkę rowerową na kierownicy i dwa palące się tylne światła plus odblaski na szprychach - my nocą na rowerach wyglądamy jak choinki. Mówię gościowi dość stanowczo, ale spokojnie, że przy takim outfit'cie to nas zastrzeli, ale nie przez pomyłkę, ale raczej z wyboru. Oj, nieprzyjemne było to spotkanie... to dzisiejsze też nie jest najmilsze. Nie zrozumcie mnie źle, uważam że ta grupa jest potrzebna - nawet bardzo i nieraz robi dużo dobrej roboty mimo całego złego PR'u (mówię o myśliwych oczywiście, nie o kłusownikach w kontekście dobrej roboty), ale nie podobają mi się sytuacje gdy na ten zły PR to ciężko pracują... To są moje doświadczenia, czyli dowody anedgotyczne ale spotykamy w lesie przeróżnych ludzi: leśników, służby, grzybiarzy, lokalsów i zawsze idzie pogadać. Niestety jakoś tam z myśliwymi zawsze mamy bardzo opryskliwą pyskówę, tzn. dostajemy mentoring, że mamy wypierd*lać z lasu bo nocami się po nim nie chodzi... Bardzo zawłaszczają sobie las w tych rozmowach i przerzucają na nas odpowiedzialność za potencjalny wypadek. Zajebisty argument. Po prostu zajebisty. Arbitralnie komuś zabronić chodzenia po lesie.. Czy ja też mogę komuś powiedzieć. że na osiedlu po 22:00 się nie chodzi i będzie to dla tej osoby wiążące? 

Ja wiem, wiem... On ma broń więc nie prowokuję żadnych głupich dyskusji i jestem miły aż do przesady, ale to co myślę o tym, to mogę Wam napisać.  Gość jest potrzebny - bez dwóch zdań, ja tego nie kwestionuję na żadnej płaszczyźnie,  nie mam nic do niego ani do tej formacji - co więcej, często robią robotę o której nikt nie wie, a często także dostają za to czarnym PR'em... no ale mógłby trochę spuścić z tej buty, bo las to nie jest jednak jego folwark... 

Widząc, że nie wdajemy się w dyskusję - informujemy grzecznie że przejedziemy szlakiem i jeśli mogą, to fajnie byłoby aby wtedy nie strzelali w tym kierunku. Jesteśmy oświetleni jak choinki, więc nie powinni nas z niczym pomylić.. wtedy gość postanawia sięgnąć po kolejny zajebisty argument: STRACH. Zaczyna nas pytać czy my rozumiemy zagrożenie, czy nie boimy się dzikich zwierząt bo mogą nas okaleczyć lub nawet zabić... i że to niepoważne jeździć na rowerze czy chodzić nocą po lesie, bo nam dzikie zwierzęta krzywdę zrobią... zajebiście, sarna na pewno zrobi nam większą krzywdę niż jakiś jełop o dużym ego i to, na dodatek, z bronią... równie dobrze mógłby nas straszyć duchami. Mam ochotę odpowiedzieć, mądrością którą nauczył mnie Tata... zawsze mi powtarzał "boj się ludzi, a nie duchów".  I coś w tym jest... smutne, ale coś w tym jest.    

Nie komentujemy, żegnamy się grzecznie i przejeżdżamy niebieskim szlakiem przez te pola... po drodze mijamy 4 ekipy z bronią... łącznie z 15 osób. A że nic nie jest oznakowane, to bądź mądry... są tu legalnie czy nie? Może na zlecenie gminy, a może samowolnie... 

No ale pamiętajcie co Wam zawsze mówiłem: "z ludźmi z bronią się nie dyskutuje. Ich się słucha lub do nich się strzela". Dyskusja jest najgorszym możliwym wyborem - chcą abyśmy się stąd zabierali, to się zabieramy. Inna sprawa, że takie rozwiązanie nam też pasuje. Nie muszę wygrać sporu, priorytetem jest zejść z linii ognia, natomiast zawsze będę powtarzał - nie ma czegoś takiego jak przerzucenie odpowiedzialności. To nie jest tak, że chodzimy tutaj na własną odpowiedzialność. Nie, na własne ryzyko może i owszem, ale odpowiedzialność jest ZAWSZE, zawsze po stronie osoby ciągnącej za spust. Miałem broń w rękach nie raz, strzelałem, czyściłem, rozkładałem i składałem... jeśli ktoś nie rozumie, że biorąc broń do ręki, bierze także na siebie pewną odpowiedzialność, to może nie powinien tej broni dotykać. I mówię tutaj o wszystkich sytuacjach, nawet tych opisanych jako "Prawo użycia broni" - być może mogę to zrobić legalnie i byłoby to bardziej niż uzasadnione (np. w obronie własnej lub kogoś), ale nadal to ja jestem tym, który decyduje czy pociągnąć za spust czy nie. A to z definicji oznacza odpowiedzialność. Nawet jeśli decyzja o użyciu broni będzie słuszna i kogoś postrzelę, to nie mogę powiedzieć "prosił się o to" - nie, to ja zadecydowałem czy strzelam czy nie. Słusznie, niesłusznie - to nie ma tutaj znaczenia, to się okaże - ale ośrodek decyzyjny jest znany.  

"- Piękna noc, Alfredzie.

- Zgadza się, Panie Bruce, noc godna myśliwego..." (klasyka mojego dzieciństwa - TUTAJ

Żółty szlak przez Dolinkę Sąspowską 

Nocne sąspowskie north-shore'y na bagnach :)
  

"Gdy umysł śpi budzą się demony..." - Francisco Goia (TUTAJ)

Dosłownie... dosłownie, ale o tym za chwilę. Nie wspomniałem Wam w sumie, że po "drodze wierchowej" dotarliśmy do krajowej 94-rki czyli szosy na Olkusz. Przeprawiliśmy się przez tą drogę i "spadaliśmy" szalonym zajazdem do Doliny Sąspowskiej - ten żółty szlak jest kapitalny i doprowadzi nas do centrum Ojcowa. To już ostatnia prosta do domu... 16 km Doliną Prądnika. Jest północ z niedzieli na poniedziałek. Nieźle nas trasa przytrzymała, bo planowo chcieliśmy być w niedzielę późnym popołudniem w domu... przecież w poniedziałek idziemy do roboty. Jest srogo ale już bliżej niż dalej... bliżej o jakieś 410 km w sumie. Ale nie jest tak różowo (jak ma być różowo, jest noc, jest ciemno! - Szkodnik)... nie jest różowo bo On znowu nadchodzi....

"Gdy Ojców cicho drzemie
Pod całunem nocy głuchej,
Kiedy spadnie mrok na ziemię
I po mieście błądzą duchy.

Otulony czarnym mrokiem
Z ciemnej nory swej wyłazi
Z cichem pieniem tajnym krokiem..." 
 (parafraza, a całość TUTAJ - to Tuwim trochę mniej znany!!! )

S L E E P M O N S T E R... a w zasadzie, jako że to nasza 3-cia zarwana noc z rzędu, więc to jest SLEEP-BEAST !!! SLEEP-DEMON !!!

Do domu już niedaleko, ale nie damy rady uciec - dorywa nas i jest to atak z ogromną siłą. Próbujemy podejść pod ostatni znaczny podjazd dzisiaj czyli tzw. Kwietniowe Doły na czerwonym szlaku Orlich Gniazd. No nie ma szans, nie ma opcji... to już nie jest kwestia tego, że oczy nam się zamykają. To już brak zborności, mam wrażenie że straciłem pełną kontrolę nad ciałem. Czuję się jak ślepiec i to ślepiec w nocy... w nocy i w piwnicy bez światła. Czaicie?! Masakra. Nie podejdę tego podjazdu (tam się raczej nie da wyjechać, a już na pewno nie w obecnym stanie), bo mnie przewraca. Mam problem z utrzymaniem równowagi.. mam problem z wymawianiem słów... nowy level sleemonstera. W kalendarzu mamy maj, ale my zostajemy w Kwietniowych Dołach. Basię też muli... padamy. Dosłownie. Tak jak stoimy, tak jak pchamy szlakiem, tak po prostu kładziemy się na ścieżce. System shut down i nie ma opcji "przypomnij później". Klikana była zbyt często i teraz system wymusza zamknięcie. Odcina nas totalnie. Kaplica. Sami zobaczcie zdjęcie... Basia mówi, że mnie odcięło na ponad 30 min. Zdjęcie zrobiła gdy się sama już obudziła. No bez kitu, weekend majowy a my zostaliśmy w kwietniu!

SYSTEM SHUT DOWN... total shut down.


"I'll be back..." czyli wracamy do świata żywych. 

Ciemność...acz nie totalna. Światło lampy czołowej przebija się przez mrok. Widzę korony drzew w świetle czołówki i rozgwieżdżone niebo. Pomału wraca mi świadomość, mam wrażenie że oczy zaczynają odzyskiwać pełną wizję. System szuka alternatywnego źródła energii.  

TA SCENA - no bez kitu, naprawdę, uwierzcie, że dla mojej percepcji dokładnie tak to wyglądało. Z resztą mój stan psychofizyczny (zwłaszcza fizyczny) jest bardzo podobny do postaci w załączonych kadrach. Zbieram się z ziemi... chyba jest mi trochę niedobrze.... z znaczeniu powiedzcie mi na 400-senym kilometrze, to sobie rzygnę... Basia mówi, że 400 km przekroczyliśmy już kilka kilometrów temu. No OK, przegapiłem zatem tą możliwość... bywa. Co my robimy z własnym życiem... nie wiem czy to zdrowe, nie wiem czy to mądre, ale jest coś niesamowitego w tych naszych przygodach. Nie wiem co, ale bo mam ochotę rzygać w lesie tak mnie muli... ale jednak jakaś siła każe mi wstać i iść dalej. Odzyskuję jakaś tam w miarę zborność ruchów i świadomość. Zakładam, że wyglądam jak ostatnie nieszczęście... patrzę na Szkodnika. Basia też wygląda... pięknie, oczywiście, że pięknie, przecież nie napiszę nic innego :D. 

No ale naprawdę. Szkodnik jest także styrany niemiłosiernie, ale i tak wygląda obłędnie...  

"Get up, girl, get back to the game

you got a couple cuts and bruises but your beauty's the same...

You're the breeze through the trees

Even knee deep stuck in the mud

never thought a grl could look so good

all covered in blood..." (parafraza TEGO

Ta drzemka nas zrestartowała... system nadal wymaga mocnego maintanence'u ale do domu dojedziemy. Nawet na oparach. Ruszamy i grubo po drugiej w nocy z niedzieli na poniedziałek meldujemy się w domu. Kolejna niesamowita wyprawa za nami. Wrocław - Kraków zrobiony... ale przeciwnik nie padł łatwo. Można się było tego spodziewać, z Wrocławiem zawsze tak było. W czasach gdy walczyłem w zawodach z bronią ręką, Wrocław to zawsze była przeprawa przez piekło: Tomasz K, Tomasz K2, Piotr S... długo by wymieniać, ale do dziś pamiętam niektóre walki (TUTAJTUTAJ , pamiętam co Ci goście czasem odwalali  na planszy ... to przechodziło ludzkie pojęcie.. a czasem bywało nawet jeszcze TRUDNIEJ... - dla mniej obeznanych, ostatni filmik to nie są faule czy niesportowe zachowanie. U nas walka się kończy jak dostaniesz trafienie bronią lub gdy się poddasz.  A zatem czasem takie akcje się po prostu zdarzały... zdarzają... tak, zdarzają się jest lepszym wyrażeniem. Mieliśmy kiedyś nawet przypadek złamania kości dłoni do nawalania pięścią w czyjąś maskę... no ale cóż: 

"...niejeden wróg miał na mnie chrapkę, 

a teraz jęczy w piekle na dnie, 

ze śmiercią igram w ciu-ciu-babkę, 

więc może wkrótce mnie dopadnie. 

Niech ksiądz mnie grzebie albo rabin, 

żołnierza się nie czepią diabli, 

lecz w grób połóżcie mi karabin 

i klingę ukochanej szabli"  (całość TUTAJ)  

Tak więc jak widzicie Wrocław dopełnił tradycji i walczył do końca... niemal spóźniliśmy się w poniedziałek do pracy. Nadal najtrudniejszą wyprawą pozostaje Przemyśl (7500 m przewyższenia...), ale Wrocław okazał się niesamowicie terenowym,  leśnym przejazdem. Coś pięknego.

Cudowna majówka... acz znowu potrzebujemy urlopu do poratowania zdrowia. To tyle na dziś. Do zobaczenia gdzieś na szlaku. Pasowałoby się tylko trochę podleczyć obite żebra, ale nie wiem czy będzie na to czas... plany na maj mamy również bogate. Leczymy się w tygodniu, w weekendy nie ma na to czasu.     

"Welcome home, Lord Tyranus..." (po takiej wyprawie to chyba Lord WYTYRANUS) :P

Moje miasto nocą :)

"...każdy, gdzie siedział, tam pada:
Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.
Tak zwycięzców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci."  (cytat "Pan Tadeusz")

 

 A na koniec ---> mapy mapy mapy na których przejechaliśmy naszą wyprawę:

Nasza droga na 7 mapach

Komentarze